poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Jak uniknąć rozczesywania włosów na mokro po myciu? Moje ulubione 8 sposobów


Kiedyś nie wyobrażałam sobie, że po umyciu głowy można uniknąć natychmiastowego czesania włosów. Wydawało mi się, że gdy podeschną, na pewno nie uda mi się ich rozplątać i skołtunią się tak, że znów będę musiała je moczyć. Dopiero kilka lat temu, po keratynowym prostowaniu, dałam im szansę na schnięcie bez użycia szczotki i suszarki – efekt był taki, że włosy w tamtym okresie były na tyle gładkie i śliskie, że nie potrzebowały wcale czesania. Wystarczyło, że przejechałam po nich kilka razy palcami.

Od tego zabiegu minęły już prawie trzy lata, moje włosy nie są już tak wygładzone jak wtedy, jednak do dziś stosuję tę samą metodę: prawie nigdy nie czeszę ich na mokro. Dlaczego? Bo mokre włosy są najbardziej podatne na zniszczenie i rozciąganie, które znacząco narusza ich strukturę, prowadząc do powstawania uszkodzeń i wypadania włosów. Gdy czeszemy je na mokro, doprowadzamy do tego, że łamią się i urywają – dlatego między innymi tak wiele dziewczyn skarży się na to, że ich włosy nie są gładkie, tylko odstają na całej długości w postaci cienkich nastroszonych włosków (miałam tak przez lata!).

Im włosy zdrowsze (a tym samym bardziej gładkie), tym uniknięcie czesania na mokro będzie łatwiejsze. Zdrowe włosy mają bowiem zamknięte łuski, które nie zahaczają o siebie, a tym samym rzadziej się kołtunią. Takie włosy nierzadko wymagają tylko lekkiego przeczesania palcami. Podobnie jest z włosami nawilżonymi – suche mają niezabezpieczone łuski, które się rozchylają. Wnioski? Odpowiednia pielęgnacja włosów pomoże nam dojść do punktu, w którym łatwiej będzie nam zrezygnować z sięgania po szczotkę czy grzebień tuż po myciu (oczywiście wyjątkiem są włosy kręcone, które należy czesać na mokro – rozczesane na sucho zamienią się w puch).

Jeśli czujemy, że nasze włosy nie są jeszcze na takim etapie, by pozostawić je bez czesania po myciu ot tak, bez żadnych przygotowań, polecam kilka metod, które mogą to ułatwić. Co zatem robić, by nie czesać ich na mokro?

Przydatne linki:


Odżywka lub maska

Kosmetyki zastosowane po myciu mają nie tylko kondycjonować włosy, odżywiać je czy zapobiegać elektryzowaniu, ale też domykać łuski, dzięki czemu włosy wygładzają się i nie plączą. Dlatego PO KAŻDYM myciu należy nałożyć przynajmniej na 2-3 minuty maskę lub odżywkę. W innym przypadku działamy na sporą szkodę swoich włosów.

Dokładne rozczesanie włosów przed myciem

Włosy rozczesane przed myciem, jeśli nie będziemy ich za mocno szorować, nie będą aż tak skołtunione. Dlatego wcześniej warto je rozczesać, zaczynając od końcówek i przesuwając się coraz wyżej. Jeśli myjemy głowę nad wanną, możemy czesać je z głową w dół w takiej pozycji, w której za chwilę będziemy je myć.

Czesanie przed myciem ma jeszcze jedną zaletę: pozwala pozbyć się osłabionych włosów, które zaraz wypadną, dzięki czemu nie będą się one już plątały z tymi, które są na głowie.

Mycie tylko skóry głowy, nie szorowanie włosów

Pisałam już o tym we wpisie poświęconym metodzie kubeczkowej – dzięki niej włosy mniej się plączą i niszczą, a my skupiamy się w czasie mycia na tym, co faktycznie wymaga wyszorowania, czyli skórze głowy. To właśnie ona się przetłuszcza, nie włosy same w sobie.

Płukanki o kwasowym pH

Stosujemy je po umyciu włosów. Płukanki takie pomogą domknąć łuski włosów, dzięki czemu staną się one gładsze i nie będą o siebie zahaczały (np. płukanka octowa, na którą podawałam dokładny przepis).

Spraye po myciu głowy

Na rynku są dostępne specjalnie spraye ułatwiające rozczesywanie włosów po myciu: nadają im poślizg i zabezpieczają je olejami oraz silikonami. Taki kosmetyk pryskamy na włosach po myciu, ale nie od razu – gdy odciśniemy z nich już nadmiar wody.

Wybór jest ogromny – można przetestować na przykład spray Gliss Kur Total Repair, spray nawilżający Schwarzkopf BC Moisture Kick czy mgiełkę Jantar firmy Farmona (którą bardzo lubię i już recenzowałam), a także wiele, wiele innych. Polecam jednak dokładne sprawdzenie składów takich produktów i unikanie tych z zawartością Alkohol Denat, który przesusza włosy (te podane przeze mnie w poprzednim zdaniu go nie zawierają, a przynajmniej nie powinny, o ile producent nie zmieni składu).

Przeczesywanie włosów palcami

U mnie świetnie się sprawdza: gdy włosy zaczynają podsychać, w czasie suszenia lub przed nim lekko przeczesuję je palcami. Dzięki temu nie muszę już wcale sięgać po szczotkę. Robię to, gdy włosy są jeszcze lekko wilgotne, by miały lekki poślizg (nie na zupełnie suchych włosach). W moim przypadku pewnie mogłabym je przeczesać już po wysuszeniu, ale wtedy fryzura nie byłaby raczej gładka, a włosy stałyby się lekko „pogięte”.

Roztrzepanie włosów

Ten sposób jest szczególnie przydatny, jeśli myjemy głowę nad wanną. Po myciu głowy, zamiast zawijać je w ręcznik czy koszulkę, roztrzepmy je na mokro, by się nie zrolowały i nie poplątały. Odsączmy lekko nadmiar wody i nie zwijajmy już w turban. Drobiazg, ale może sporo pomóc.

Regularne olejowanie włosów

Regularne olejowanie wygładza włosy, które stają się bardziej sprężyste i „śliskie” w dotyku – dzięki temu mniej się plączą, także po myciu, łatwiej jest więc je rozczesać. Nawet, jeśli będziemy robić to na mokro, włosy będą miały lepszy poślizg, a dzięki odżywieniu nie będą się tak bardzo ciągnąć i łamać.

A co robić, jeśli naprawdę musimy czesać włosy na mokro?

Jeśli musimy czesać na mokro, podzielmy włosy na sekcje i rozczesujmy je delikatnie od dołu ku górze. Użyjmy odpowiedniego sprayu i/lub odżywki bądź maski. Mimo wszystko odsączmy je wcześniej z wody i dajmy chociaż chwilę na podeschnięcie. Do czesania używajmy dobrego grzebienia lub odpowiedniej szczotki, które nie poszarpią włosów i nie będą powodować rozdwojeń, a przed nim zabezpieczmy włosy serum lub olejkiem.


A jakie są Wasze sposoby? Czeszecie włosy na mokro po myciu?

Polecam:

czwartek, 13 kwietnia 2017

PonyDry – czepek, który przyspiesza i ułatwia mycie głowy!


Niedawno pisałam o tym, jak myć głowę, aby nie niszczyć włosów – w nawiązaniu do tego wpisu chciałabym poinformować Was o tym, że do kupienia jest już na rynku specjalny gadżet, który ułatwia to działanie. Nie musimy go jednak kupować, by sobie pomóc – można po prostu wykorzystać go jako inspirację.

Jak działa PonyDry?

PonyDry wygląda jak maleńki czepek, który nakładamy na końcówki włosów po ich uprzednim zwinięciu w koczek. Dzięki niemu możemy:
  • szybko umyć włosy tylko u nasady, czyli tam, gdzie powstaje sebum i gdzie włosy się przetłuszczają,
  • ograniczyć mycie końcówek włosów, które to na ogół powoduje ich szybsze niszczenie i przesuszenie,
  • zmniejszyć czas spędzony w łazience (szybsze mycie i suszenie).
PonyDry zaciska się na kucyku sznureczkami, a myje się tylko włosy u nasady. Gadżet przyda się w dni, kiedy chcemy szybko odświeżyć włosy, a jednocześnie nie chcemy korzystać z suchych szamponów. Czy jest zatem od nich lepszy?

Moim zdaniem tak, ponieważ takie – nawet połowiczne – mycie wydaje mi się lepsze dla skóry głowy niż korzystanie z suchego szamponu, który przesusza włosy i skórę, a jego użycie ma niewiele wspólnego z prawdziwą higieną. Oczywiście nie uważam, aby notoryczne korzystanie z PonyDry było rozsądne – końcówki też potrzebują umycia, przynajmniej delikatnego – jednak raz na jakiś czas może zdecydowanie ułatwić życie.

Poniżej na filmie możecie zobaczyć, jak działa.


PonyDry – cena i jak go zastąpić?

PonyDry nie jest niestety tani – kosztuje prawie 20$, czyli około 80 zł, co za kawałek materiału wydaje mi się bardzo wygórowaną ceną. Moim zdaniem nie ma więc go po co kupować i lepiej przygotować taki czepek samemu, na przykład z osłonki na parasolkę lub innego wodoodpornego materiału.

Kupiłybyście PonyDry? Wykorzystacie opisany we wpisie patent na ochronę kucyka w trakcie mycia głowy?

Polecam:


niedziela, 9 kwietnia 2017

Recenzja: Marion, Płyn prostujący włosy Hairline


Moje włosy są wprawdzie dość proste, sięgnęłam mimo to po Płyn prostujący włosy Hairline firmy Marion z dwóch innych powodów: po pierwsze działa on termoochronnie (a ja często sięgam po suszarkę – głównie używam chłodnego nawiewu, ale jednak), a po drugie – zawiera filtry UV, a te przydają się w zasadzie o każdej porze roku, nawet zimą. Producent jakiś czas temu zmienił szatę graficzną opakowania tego sprayu – możecie więc kojarzyć inny jego wygląd (biały z różową nakrętką).  Nieznacznie zmienił się też jego skład.

Oceny cząstkowe: dobryneutralnysłaby.

Opakowanie

Bardzo, bardzo wygodne: półprzeźroczyste, ze świetnie działającą pompką i odkręcanym korkiem. Butelka jest tak dobra, że gdyby nie nadmiar kosmetyków, zachowałabym ją do przygotowywania domowych sprayów na włosy.

Zapach

Kwiatowy i dość silny, ale mnie się bardzo podoba.


Skład

Jak już wspomniałam na wstępie, skład płynu prostującego Marion zmienił się w ostatnich latach – jest to jednak wyraźna zmiana na lepsze. Co więcej, zmiany dotyczą końcówki składu, już po zapachu. A co się zmieniło? W nowej wersji – tej, której ja używałam – nie ma wysuszającego włosy alkoholu benzylowego, jest za to regulator pH i inne konserwanty.

Skład: Aqua (woda), Glycerin (gliceryna), Cetrimonium Chloride (konserwant, ułatwia spłukiwanie), Trimethylsilylamodimethicone (ułatwia rozsmarowywanie) (and) C11-15 Pareth-5 (emulgator aktywnie myjący) (and) C11-15 Pareth-9 (emulgator aktywnie myjący), Propylene Glycol (humektant), Acrylates/Steareth-20 Methacrylate Crosspolymer (reguluje lepkość), Cocamidopropyl Betaine (substancja myjąca), PEG-40 Castor Oil (emulgator), Panthenol (pantenol), Parfum (zapach), Polyquaternium-59 (pochłania promienie UV), Butylene Glycol (humektant), Phenoxyethanol (konserwant), Ethylhexylglycerin (humektant), Sodium Benzoate (konserwant), Citric Acid (regulator pH), Triethanolamine (regulator pH).

Szału nie ma, a i tak jest lepiej niż w przypadku starego składu. Co my tu mamy? Sporo nawilżaczy, łagodząco działający pantenol i składnik pochłaniający promienie UV. I w zasadzie tyle dobroci. Minusy? Jeden PEG i trzy konserwanty – dwa pod koniec składu. Tylko po co tu tyle emulgatorów i substancje myjące?


Działanie

Czy prostuje? Nie – a przynajmniej ja nie widzę u siebie takiego efektu. Może wynika to z tego, że moje włosy nie są falowane, a może po prostu tego rodzaju kosmetyk nie ma aż tak silnego działania? Opowiadam się raczej za drugą opcją – tym bardziej, że dziewczyny o lekko kręconych włosach piszą w sieci, że co jak co, ale ten płyn ich nie prostuje.

A jak działa? Stosowałam go głównie z myślą o termoochronie i w tym czasie nie zauważyłam, aby suszarka wpłynęła negatywnie na moje włosy. Czy była to zasługa płynu Marion, czy może tego, że suszę „z głową”, czyli bez użycia gorącego nawiewu – naprawdę nie wiem i trudno jest to ocenić. Wiem jednak jedno: płyn nie obklejał mi włosów, nie obciążał ich, ale za to nadawał przyjemny zapach. Nie wzmagał też przetłuszczania. W zasadzie to niewiele robił, a jego właściwości termoochronne są trudne do zmierzenia. Z drugiej jednak strony nie zaobserwowałam żadnych jego wyraźnych wad. Pewnie byłabym bardziej wkurzona, gdyby moje włosy falowały, a ja kupiłabym go z myślą, że będzie je prostował…


Konsystencja i wydajność

Wodnisty, dość wydajny, w opakowaniu znajduje się 150 ml kosmetyku.

Cena i dostępność

Znajdziemy go w drogeriach, a kosztuje – tak jak większość kosmetyków Marion – niewiele: około 7 zł.

Podsumowanie

Jeśli chcecie go przetestować z myślą o termoochronie i ochronie przed UV, to myślę, że się sprawdzi. Odradzałabym go jednak osobom, których włosy się kręcą – ten płyn ich magicznie nie wyprostuje, nie ma takich czarów. Uważam, że to po prostu niewykonalne. 

Znacie jakieś kosmetyki, które faktycznie prostują włosy? Co myślicie o składzie tego sprayu? 

Polecam:

niedziela, 2 kwietnia 2017

Miesiąc stosowania kosmetyków fryzjerskich i trychologicznych – jak zmieniły stan moich włosów?


Stosuję bardzo różne kosmetyki do włosów – zarówno te niedrogie drogeryjne, jak i takie, które można zamówić głównie przez internet, fryzjerskie, a nawet typowo trychologiczne. Zwykle sięgam po nie zamiennie i nie trzymam się jednej serii – nawet jeśli mam produkty z jednej linii, zwykle nie używam ich razem. Od dawna zastanawiałam się jednak, czy te sporo droższe kosmetyki, które można kupić wyłącznie w salonach fryzjerskich czy trychologicznych, faktycznie działają lepiej. Jednym słowem: czy opłaca się je kupować?

Wciąż mam w pamięci negatywne nastawienie wielu włosomaniaczek do tego rodzaju produktów, które często – mimo wysokich cen – nie grzeszą dobrymi składami. Faktycznie, wiele z tych, z którymi się zetknęłam, były przepełnione głównie silikonami, alkoholem czy niepotrzebnymi dodatkami, a brakowało w nich typowo pielęgnacyjnych składników. Pomimo tego postanowiłam dać szansę tym, które od pewnego czasu zalegały w mojej szafce. Uznałam, że stosując je w oderwaniu od kosmetyków drogeryjnych, przekonam się, jakie faktycznie wykazują działanie.

Trzeba tutaj rozgraniczyć dwie kwestie: kosmetyki fryzjerskie to na ogół produkty, które mają na celu w określony sposób wpłynąć na wygląd włosów: wygładzić je, optycznie pogrubić, czy utrwalić, trychologiczne zaś mają trudniejsze zadanie, gdyż najczęściej są polecane ze względu na określony problem, na przykład ich zadaniem jest nawilżenie skóry głowy, ukojenie jej czy pomoc przy wypadaniu włosów. Jestem świadoma tych różnic, a do opisanego w tym wpisie eksperymentu użyłam kosmetyków, które miały przeznaczenie typowo urodowe, a nie zdrowotne.

Kosmetyki fryzjerskie i trychologiczne, które stosowałam w marcu

Mój wybór padł na dwa szampony, dwie maski, odżywkę, spray, wcierkę i krem do końcówek, czyli praktycznie wszystko to, co uznałam za niezbędne na cały miesiąc.

Kosmetyki, które wybrałam, to: szampon i maska Kérastase z serii Elixir K Ultime, szampon i odżywka L’Oreal Pro Fiber, wcierka L’Oreal Serioxyl, spray termoochronny Montibello, krem na końcówki Alcantara oraz mocno zakwaszająca maska Traybell Ancantara. Stosowałam też kilka razy maskę do włosów blond Davines.


Jakie były efekty ich użycia?

Przez pierwsze dwa tygodnie stosowałam najczęściej szampon L’Oreal Pro Fiber na zmianę z odżywką z tej samej serii i maską Traybell Ancantara (zdjęcie powyżej), która ma mocno kwasowe pH, przez co zamyka łuski włosów i sprawia, że są one bardziej wygładzone. Najlepsze efekty zauważyłam w dni, kiedy po tymże szamponie nakładałam odżywkę Pro Fiber – ten zestaw niesamowicie zmiękczał moje włosy i sprawiał, że były niezwykle miłe w dotyku. Moje włosy są z natury delikatne i miękkie, nigdy nie były szorstkie ani sztywne, jednak to, co robi z nimi ten duet, zasługuje na osobne opisanie w tym wpisie! W pierwszej połowie marca, gdy go używałam, łapałam się na tym, że – czasem wręcz nieświadomie – dotykam włosów. Były w dotyku jak jedwab, słowo daję.

W drugiej połowie miesiąca testowałam zaś głównie zestaw Kérastase: maskę oraz szampon Elixir K Ultime (zdjęcie poniżej). Na początku miałam wrażenie, że będzie się u mnie gorzej sprawdzał – po pierwszym użyciu czułam lekkie swędzenie skóry głowy. Włosy były jednak wygładzone i jakby lekko sztywniejsze, dzięki czemu kształt fryzury był lepiej – nazwijmy to – zdefiniowany. Mam przez to na myśli, że włosy wydawały się nieco cięższe i nie fruwały przy byle podmuchu wiatru. Nie był to efekt spektakularny, ale widoczny.  

Niestety, przy kolejnych użyciach nie zaobserwowałam już takiego rezultatu, a z czasem zaczęłam zauważać, że szampon Kérastase znacząco przesusza moje włosy. Podobnie działa też na skórę głowy, co do czego upewniłam się nawet podczas badania mikrokamerą w Instytucie Trychologii, w którym byłam w drugiej połowie miesiąca. Przesuszenie to wiązało się także z tym, że pod koniec marca skóra zaczęła mnie miejscowo swędzieć.


W połowie miesiąca postanowiłam sięgnąć po wcierkę – od ostatniej (Radical Farmony) odczekałam około 2 tygodnie, żeby dać skórze trochę odpocząć. Tym razem mój wybór padł na Serioxyl L’Oreal. Stosuję ją dopiero od dwóch tygodni, trudno jest mi więc na razie ocenić jej działanie, sięgam po nią jednak po każdym myciu głowy.

Podsumowując, początkowo spodziewałam się, że wybrane przeze mnie kosmetyki są przeładowane silikonami, przez co moje włosy będą oklapnięte i przeciążone. Okazało się jednak, że w zasadzie nie mają owych składników więcej niż przeciętne produkty drogeryjne, a efekt końcowy ich zastosowania najwidoczniej najbardziej zależał od tego, jakiego szamponu aktualnie używałam. Przy L’Oreal Pro Fiber wyglądały naprawdę dobrze, były sypkie, puszyste, ale nie puszyły się, przede wszystkim jednak zyskiwały niezwykłą miękkość. Nie zauważyłam też żadnego negatywnego wpływu tego kosmetyku na skórę mojej głowy. Problemy pojawiły się dopiero przy (swoją drogą pięknie pachnącym, bo mocno perfumowanym) szamponie Kérastase Elixir K Ultime, po którym stały się widocznie przesuszone, a skóra zaczęła mnie pod koniec miesiąca zwyczajnie swędzieć. Maski i odżywki, które w tym czasie stosowałam, nie zaskoczyły mnie swoim działaniem ani na plus, ani na minus.

Przesuszenie skóry głowy spowodowane używanymi kosmetykami na pewno wiązało się ze wspomnianym już szamponem, ponieważ tylko z nim skóra miała styczność, przesuszenie włosów zaś – zapewne z używaniem pozostałych produktów, gdyż większość z nich zawiera wysuszające alkohole: izopropylowy lub benzylowy.

Sukces eksperymentu był więc połowiczny i pokazał mi, że w zasadzie nie ma sensu uprzedzać się do konkretnego rodzaju produktów – warto po prostu patrzeć na ich składy i sprawdzać, jak działają na konkretną osobę. Nie ma w tym niczego odkrywczego, ale sama złapałam się na tym, że początkowo z góry założyłam, że kosmetyki, których miałam w marcu używać, będą przeładowane silikonami i spowodują przeciążenie włosów (tak się nie stało), a jednocześnie będzie w nich brakować substancji odżywczych (niektóre jednak, tak jak na przykład maska Kérastase, miały m.in. sporo olejów).

Mimo wszystko jednak zostaję przy swoim zdaniu: drogie nie znaczy lepsze. Dlatego przy kupowaniu kosmetyków wciąż będę trzymać się czytania składu :)

Co myślicie o  kosmetykach fryzjerskich i trychologicznych? Czy według Was warto je kupować?

Polecam:

czwartek, 30 marca 2017

Olejowanie włosów olejem z nasion chia – jak to robić i dlaczego warto?


Pierwszy raz z nasionami chia zetknęłam się półtora roku temu – do dziś uwielbiam przygotowywać sobie z nich pyszny pudding według przepisu, który opisałam we wpisie na temat zdrowych słodyczy (polecam szczególnie na śniadanie). Od kilku tygodni testuję też olej z nasion chia, który dodaję często do sałatek (jest świetny na zimno), a także stosuję go do olejowania włosów i skóry głowy. Jest dużo łagodniejszy w smaku (i zapachu) niż olej z czarnuszki, który testowałam wcześniej.

Chia to inaczej szałwia hiszpańska – roślina pochodząca z Meksyku. Wytwarzany z ziaren olej zawiera dużo wielonienasyconych niezbędnych kwasów tłuszczowych omega-3 i omega-6 w proporcji 3:1. Zaliczamy go do bio-olejów, czyli takich, które są dobrze przyswajane przez skórę.

Olej z nasion chia ma delikatny zapach i żółty kolor. Należy go przechowywać w lodówce w temperaturze 5-10°C.

Co zawiera olej z nasion chia?

Poza wspomnianymi już omega-3 i omega-6 olej z nasion chia to bogactwo witamin z grupy B, cynku, a także antyoksydantów, w tym witaminy E i flawonoidów. Działa przeciwzapalnie i reguluje pracę skóry trądzikowej oraz tłustej. Wnika on zresztą w głąb skóry, nawilżając ją, regenerując i wzmacniając jej barierę lipidową. Zapobiega też destrukcji DNA.

Jeśli chodzi o pielęgnację włosów, to warto go używać, by nadać im miękkość, połysk i jedwabistość. Olej z nasion chia eliminuje też suchość skóry. Uważa się, że dzięki silnym właściwościom antyoksydacyjnym i ochronnym jest świetnym olejem na lato.

Tak wyglądają nasiona chia

Co zaobserwowałam po olejowaniu włosów olejem z nasion chia?

Moje włosy po zastosowaniu tego oleju są gładkie, miękkie i ładnie się błyszczą. Olej ułatwia ich rozczesywanie, zapobiega plątaniu, odżywia i regeneruje. Moja skóra głowy także dobrze go toleruje, a ponieważ miewam problemy z jej przesuszaniem i swędzeniem, jest świetnym remedium na tego typu dolegliwości.

Olej z nasion chia zawsze dobrze się zmywa z moich włosów, nie obciążając ich ani nie powodując przetłuszczania.

Jak olejować włosy olejem z nasion chia?

Zwykle nie mam czasu ani ochoty na kombinowanie i olejuję na sucho: wmasowuję we włosy i skórę głowy trochę oleju, wiążę włosy, owijam foliówką i ręcznikiem, a potem zmywam po godzinie lub dwóch. Od czasu do czasu olejuję też z użyciem turbanu termalnego – szczególnie gdy jest chłodniej, miło się w nim chodzi po domu :)

Olej z nasion chia można też stosować na wiele innych sposobów, na przykład na mokro.

Olej z nasion chia – ile kosztuje i gdzie go kupić?

Cena oleju z nasion chia to około 20 zł za 50 ml w sklepach z półproduktami. Za buteleczkę 250 ml – taką, jak na zdjęciu – zapłacimy przeciętnie około 50 zł. Na szczęście olej ten jest bardzo wydajny – ja korzystałam z niego do jedzenia i do pielęgnacji włosów i starczył mi na kilka tygodni.


Znacie olej z nasion chia? Jakie są Wasze opinie na jego temat?

Polecam też:

niedziela, 26 marca 2017

Recenzja: Farmona, Radical, Odżywka wzmacniająco-regenerująca do włosów zniszczonych i wypadających


Większość osób, które zaglądają na mój blog, z pewnością zna wcierkę Jantar – dziś chciałabym zrecenzować jej „siostrę bliźniaczkę”, czyli wcierkę Radical tej samej firmy, czyli Farmony. Kosztuje i wygląda podobnie, czy zatem warto ją kupić?

Oceny cząstkowe: dobryneutralnysłaby.

Opakowanie

Szklana przeźroczysta butelka z maleńkim otworem na czubku zamykanym czerwoną nakrętką. Opakowanie było z jednej strony mało wygodne, bo wymagało niezłego trząchania nad głową, żeby wydobyć ze środka płyn, z drugiej zaś tego typu „zaworek” zabezpieczał przed wylaniem zbyt dużej ilości wcierki na włosy. Jeśli zdecyduję się w przyszłości na kolejne opakowanie, raczej przeleję ją jednak do innej butelki.

Zapach

Wcierka pachnie jak męska woda po goleniu: mocno, zdecydowanie, na dłuższą metę męcząco, ale przyzwyczaiłam się do tego zapachu.


Skład

Aqua (woda), Alcohol Denat (alkohol, może przesuszać, ale we wcierkach ułatwia wnikanie substancji aktywnych), Equisetum Arvense (Horsetail) Extract (wyciąg ze skrzypu polnego), Panthenol (pantenol), Inulin (inulina), Hydrolyzed Silk (hydrolizowany jedwab), Camelia Sinensis (Green Tea) Leaf Extract (ekstrakt z zielonej herbaty), PEG-40 Hydrogenated Castrol Oil (emulgator), DMDM Hydantoin (konserwant), Methylchloroisothiazolinone (konserwant), Methylisothiazolinone (konserwant), Citric Acid (regulator pH), Parfum (zapach), Butylphenyl Methylpropional (składnik zapachowy), Citronellol (składnik zapachowy), Hexyl Cinnamal (składnik zapachowy).

Wcierka bazuje przede wszystkim na wyciągu ze skrzypu polnego – ważnym składniku, po który często sięgają producenci kosmetyków do włosów. Wyciąg taki ma właściwości regenerujące, wzmacnia włosy, zapobiega łupieżowi, rozdwajaniu się i łamaniu włosów.

W kosmetyku znajdziemy też ekstrakt z zielonej herbaty, który tonizuje skórę i zapobiega rozwojowi stanów zapalnych, działa regenerująco, ściągająco, kojąco i nawilżająco. Przypuszczam, że to właśnie ten ekstrakt sprawił, że odżywka tak dobrze się u mnie sprawdziła i łagodziła wszelkie podrażnienia skóry głowy. Mimo że zawiera alkohol, nie podrażniała jej ani nie wywoływała swędzenia.


Działanie

Wcierkę Radical stosowałam po prawie każdym myciu głowy przez dwa miesiące. Nakładałam ją na skórę, gdy włosy już trochę podeschły, aby z niej nie spłynęła wraz z wodą. Parę razy zdarzyło mi się o niej zapomnieć, ale mogę powiedzieć, że korzystałam z niej regularnie 2-3 razy w tygodniu.

Mam wrażenie, że wcierka zahamowała u mnie wypadanie włosów w około 60-70%, czyli całkiem nieźle. Najlepszą jej funkcją okazał się jednak wpływ na moją skórę głowy – gdy zaczęłam stosować ją regularnie, całkowicie pozbyłam się problemu podrażnień i świądu, który dokuczał mi wcześniej. Pod tym względem kosmetyk okazał się być naprawdę świetny.

Konsystencja i wydajność

Wcierka ma wodnistą konsystencję i jest praktycznie przeźroczysta. Nie skleja włosów, nie przetłuszcza ich, nie zauważyłam też, aby przesuszała. Mi starczyła na równo 2 miesiące używania.


Cena i dostępność

Odżywka Radical Farmony kosztuje około 12 zł za opakowanie, w którym znajdziemy 100 ml płynu. Kupimy ją w drogeriach, myślę też, że może być dostępna w aptekach.

Podsumowanie

Obok wcierki Jantar, do której jest zresztą trochę podobna, to drugi popularny kosmetyk Farmony. Jest od niej wprawdzie dużo biedniejsza pod kątem składu, ale za to w przynajmniej moim przypadku lepiej zadziałała na stan skóry głowy. Polecam wcierkę Radical, jeśli poszukujecie wcierki taniej, łatwo dostępnej i efektywnej, a jednocześnie nie boicie się wcierek na bazie alkoholu. Ja mam raczej wrażliwą skórę głowy, a mimo to nie dość, że kosmetyk ten jej nie podrażnił, to jeszcze ukoił i uspokoił sprawiając, że przez bite dwa miesiące nie miałam z nią żadnych problemów.


Co myślicie o tej odżywce? Jak jest Wasza opinia na jej temat?

Polecam:

czwartek, 23 marca 2017

Czego najbardziej nie lubię u fryzjerów?


Fryzjer też człowiek: nie jest nieomylny, może mu się coś nie udać, może mieć gorszy dzień czy zły nastrój… Czasami. Powinien jednak zawsze być profesjonalny, mieć wiedzę i umiejętności, przestrzegać higieny i podstawowych praw konsumenta.

Ten wpis nie ma na celu nikogo obrażać – uważam, że w każdym zawodzie znajdują się zarówno profesjonaliści, jak i partacze. Każdy z nas w swoim zakresie powinien dążyć do tego, by stać się fachowcem w swojej dziedzinie. Jeśli się nie stara, nie szkoli i nie rozwija, szybko stanie w miejscu, a z czasem zabraknie mu kwalifikacji do wykonywania swoich obowiązków. We fryzjerstwie jest podobnie, o czym świadczą chociażby programy telewizyjne takie jak „Ostre cięcie” czy „Afera fryzjera”.

Przyznaję bez bicia: nie należę do tych kobiet, które lubią chodzić do fryzjera i traktują to jako relaks. I nie chodzi o to, że boję się zmian na głowie – szkoda mi po prostu czasu na to, by spędzić kilka godzin w fotelu (tyle czasem trwa farbowanie długich włosów). Do tego jeszcze czuję się niekomfortowo, gdy ktoś wokół mnie „skacze”, a nie każdy fryzjer ma w sobie dar zjednywania ludzi i sprawiania, że klient czuje się w salonie dobrze (i nie chodzi tu tylko o głośną muzykę, którą zmuszona jestem w wielu takich miejscach słuchać).

Jakich fryzjerów nie lubię i co męczy mnie lub denerwuje w ich zachowaniu? Zastanawiałam się ostatnio nad tymi pytaniami i oto, co przyszło mi do głowy.

Fryzjer jest niekompetentny

Takie zachowanie może przybierać różne formy. Przykładowo w tym roku miałam nieprzyjemność farbować włosy u fryzjerki, która zachowywała się, jakby pozjadała wszystkie rozumy: nie miała w sobie ani krzty pokory, była głośna, bezczelna i olewcza (to nie tylko moja opinia na temat tej pani). Najśmieszniejsze, że w ten sposób maskowała swój brak umiejętności – przy pracy wyraźnie pokazywała, że nie do końca wie, co robi, przyznała też, że nie wie, jaki kolor ostatecznie wyjdzie na moich włosach (!). Koleżance zaś, która u niej była, tak pofarbowała włosy, że po zmyciu koloru wcale nie było widać żadnej zmiany. Całą „operację” trzeba było więc powtórzyć, oczywiście ze szkodą dla włosów, zresztą przy akompaniamencie nieprzyjemnych odzywek fryzjerki. Podobnie zresztą potraktowała inną moją znajomą, z którą też się prawie pokłóciła. Na szczęście tak skrajne przypadki to rzadkość.

Tak jak wspomniałam, dobry fryzjer to fachowiec: zna się na swojej pracy i wie, co robić, aby osiągnąć zamierzony efekt. Potrafi odradzić coś klientce, jeśli uważa, że to jej zaszkodzi. Zna trendy, ale stosuje się do nich z głową. Umie doradzić, zaproponować korzystną zmianę, jego profesjonalizm wzbudza zaufanie i powoduje, że czujemy, że jesteśmy w dobrych rękach. Nie zmusza, nie naciska i nie forsuje na siłę swoich pomysłów. Umie wypracować kompromis pomiędzy tym, co chce klient, a tym, co będzie dla niego najlepsze. Pyta o oczekiwania, ale wykazuje się inwencją. Tacy fryzjerzy istnieją i jest ich sporo, ale w tym fachu – jak w każdym innym – pełno jest też takich „specjalistów”, którzy są niekompetentni i nieprofesjonalni.

Co przez to rozumiem? Wiele spraw. Chociażby to, że tego rodzaju fryzjer nie słucha, co się do niego mówi. Najlepszym przykładem jest często powtarzająca się u złych fryzjerów sytuacja, gdy wchodzimy do salonu z zamiarem podcięcia końcówek, a wychodzimy z niego z o połowę krótszą fryzurą. Albo nierówno przyciętymi włosami.

Kiepski fryzjer tnie poza tym wszystkich tak samo, nie potrafi nic zaproponować od siebie. Wykonuje różne usługi „na czuja”, na przykład kładzie klientce na włosy farbę i nie wie, jaki kolor w ten sposób wyjdzie na jej włosach (przeżyłam to nie raz!). Idzie na łatwiznę, nie szkoli się, nie wie, co we fryzjerstwie piszczy, a przede wszystkim nie zna się zupełnie na włosach. Jakiś czas temu koleżanka opowiadała mi, że fryzjerka, do której trafiła, nie wiedziała, co to jest Tangle Teezer. Czy ktoś, czyj zawód związany jest z włosami, może nie wiedzieć o istnieniu najpopularniejszej chyba szczotki do włosów?

Oczywiście idealnie byłoby, gdyby fryzjer znał się na składach kosmetyków, wiedział, co służy włosom i umiał doradzić, jak zadbać o nie w domu. Z mojego doświadczenia wynika jednak, że takich fachowców jest niewielu. Jeśli ich znacie, to warto się ich trzymać!

Oczywiście nie uważam, że fryzjer musi być alfą i omegą. Tak samo jednak, jak oczekujemy od lekarza trafnej diagnozy swojej przypadłości, od ślusarza naprawienia zamka, a architekta funkcjonalnego zaplanowania rozkładu pomieszczeń domu, tak od fryzjera wymagamy pewnych związanych z jego zawodem usług. Każdy z nas jest (albo powinien być) ekspertem w dziedzinie, którą się zajmuje. Dobry fryzjer powinien się więc regularnie szkolić – o tym, czy nasz fryzjer to robi, mogą świadczyć daty na dyplomach wywieszonych w salonie.

Na marginesie dodam też, że wielu osobom przeszkadza to, że fryzjer podczas usługi wymyka się na zaplecze (zapalić, zjeść czy zrobić cokolwiek innego). Mnie to nie wadzi – szczerze mówiąc, jeśli i tak siedzę z farbą na głowie, to dlaczego miałby na siłę dotrzymywać mi towarzystwa? Też musi mieć chwilę, aby odpocząć. A ja w tym czasie i tak chętnie sięgam do torby po książkę :)

Fryzjer sprawia, że czujemy się niekomfortowo

Myślę, że fryzjer powinien mieć w sobie pewien balans i umieć wyczuć, czy klientka jest z tych, które chcą pogadać, czy raczej woli siedzieć cicho. Nikt nie wymaga od fryzjera zagadywania, plotkowania czy wciągania klientów w rozmowy o wakacjach czy pogodzie (a niektórzy wręcz tego nienawidzą i nie ma się co dziwić), dobry specjalista powinien jednak dokładnie omówić, co zamierza nam na głowie „zgotować”. Ale o tym już w kolejnym punkcie. Z drugiej strony ciągła cisza też bywa krępująca.

Czasem na niekomfortowość przebywania w danym salonie wpływają też inne czynniki. Pamiętam jak rok temu zostałam zaproszona do pewnego salonu w centrum Warszawy. Gdy weszłam, przedstawiłam się i powiedziałam, że jestem umówiona na wizytę, pani przy kontuarze spojrzała na mnie tak, jakbym co najmniej chciała kupić u nich kilogram ziemniaków. Na szczęście szybko zawołano fryzjerkę, która miała się mną zajmować – niezwykle miłą zresztą panią, która okazała się być właścicielką salonu – a mnie poproszono do ogromnej sali w środku. I kolejny zonk: musiałam chwilę poczekać, ale nikt nie zaproponował mi skorzystania z szatni czy szafki na kurtki, położyłam więc swoje wszystkie rzeczy na fotelu (a było tego sporo, bo była zima), obok którego polecono mi stanąć (tak… wyglądało to równie żałośnie, jak brzmi). Fotel ten stał w rogu i był oddalony od krzeseł, na których czesze się klientki, o kilka dobrych metrów, głupio mi więc było tak po prostu przedefilować tam i usiąść na którymś z nich. Tym bardziej, że w międzyczasie kilka stojących w rogach sali pań intensywnie mi się przyglądało. Myślę, że były to praktykantki, każda z nich była bowiem bardzo młoda. Stałam tak więc nie wiedząc, co zrobić z oczami. Czułam się bardzo niekomfortowo, bo czułam, że wszyscy na mnie patrzą, a nikt się nie odzywa. Być może dziewczyny dopiero się uczyły na fryzjerki, były tam nowe i nie wiedziały, jak się zachować przy klientce. Jakby było tego mało, po chwili podeszła do mnie jedna z fryzjerek i zabrała moje rzeczy mówiąc, że tu będą przeszkadzać, więc zaniesie je do szafy. Zupełnie tak, jakby uważała, że powinnam sama to zrobić, a przecież ja byłam tam pierwszy raz i nie wiedziałam, gdzie trzymają kurtki :) Złe pierwsze wrażenie na szczęście szybko minęło dzięki wspomnianej już właścicielce, która okazała się świetną profesjonalistką w swoim fachu.

Fryzjer szarpie

Dwa słowa, a wszystko jasne. Podam przykład: jednym z moich gorszych doświadczeń tego typu była nieprzyjemność korzystania z usług fryzjerki pewnego renomowanego salonu. Byłam w nim w ramach spotkania prasowego i mogłam skorzystać z usługi czesania włosów (sytuację tę już na blogu opisywałam). Fryzjerka (abstrahując od tego, że nic nie mówiła i nie potrafiła zaproponować nic od siebie, a w efekcie to, co stworzyła na mojej głowie, nadawało się do umycia po przyjściu do domu) przez całą wizytę straszliwie ciągnęła mnie za włosy, kręcąc je prostownicą. Była niewzruszona pomimo mojej obolałej miny i kilkukrotnego dawania do zrozumienia, że sprawia mi ból przez duże „b”. Jak się potem okazało, koleżanka, która była wówczas czesana na fotelu obok, trafiła jeszcze gorzej – jej druga fryzjerka tak spaliła włosy lokówką, że biedna musiała je potem obciąć, bo do niczego się już nie nadawały.

Dla równowagi podam jeszcze odwrotny przykład: w sierpniu podczas tonowania włosów trafiłam na fryzjerkę, u której przebywanie było prawdziwą przyjemnością. Nie tylko okazała się być prawdziwym fachowcem z ogromną wiedzą na temat pielęgnacji włosów, ale też zadziwiła mnie delikatnością przy czesaniu. Mycie głowy w jej wykonaniu to był prawdziwy relaksacyjny masaż!

No właśnie: mycie głowy. U fryzjera podczas tej czynności zwykle mam wrażenie, że ktoś wsadził mi głowę do miksera. I jeszcze te niewygodne w niektórych salonach myjki, po których przez długi czas boli mnie szyja!

Fryzjer popełnia podstawowe błędy i nie umie się komunikować

Znacie to uczucie, kiedy fryzjer najpierw myje Wam głowę, a dopiero potem pyta, jak chcemy obciąć włosy? Albo zaczyna farbować bez uściślenia, jaki będzie rezultat koloryzacji? Albo w końcu niby pyta o oczekiwania, ale wydaje się nie słuchać odpowiedzi? Ja coraz rzadziej trafiam już na takich pseudofachowców, ale może mam szczęście. A może to dzięki temu, że mieszkam w dużym mieście, a tutaj, chociażby za sprawą konkurencji, fryzjerzy częściej się szkolą i wielu z nich ma duże umiejętności. Takie sytuacje zdarzały się jednak w przeszłości mnie i wielu moim koleżankom.

Dobra komunikacja to też konkrety: dobry fryzjer nie powie „podetnę trochę końcówki”, lecz raczej będzie się starał uściślić i jasno wyrazić, co zamierza, np. „ma pani zniszczone włosy dotąd, proponuję ściąć 5 centymetrów”. Wtedy nie ma obawy, że klient go źle zrozumie i będzie niezadowolony, prawda?

Inne częste błędy, które obserwuję u fryzjerów, to: rozczesywanie długich włosów na mokro zaczynając tuż przy skórze, szorowanie głowy po myciu ręcznikiem, płukanie włosów gorącą wodą i suszenie parzącym wręcz nawiewem suszarki.

Fryzjer jest męczący

O co chodzi? Dla mnie męczący fryzjer na siłę stara się wciągnąć w rozmowę nawet najbardziej oporną klientkę. Będzie tak długo zadręczał ją opowieściami o swoich wakacjach, wypytywał o pracę czy wspominał o dzieciach kuzynki, aż ta albo się podda, albo ostentacyjnie zapuści żurawia w gazetę. To jest właśnie to wyczucie, które powinien mieć fryzjer, o którym już pisałam.

Inna sytuacja: fryzjer, który w kółko gada o tym samym. Naprawdę, są tacy, znam to z autopsji. Raz jedna fryzjerka, podczas farbowania moich włosów, co chwilę piszczała, jak bardzo podoba jej się kolor, który stworzyła na mojej głowie. Na początku grzecznie przytakiwałam, ale przy entym razie miałam ochotę zapytać: Ty tak na serio? Tym bardziej, że efekt jej pracy był marny, a włosy miejscami wydawały się być żółte.

Fryzjer stylizuje włosy bez pytania

Przyznaję: obecnie praktycznie każdy fryzjer, zanim chwyci po lakier, żeby wykończyć mi fryzurę, pyta, czy tego chcę. A ja nigdy nie chcę, bo po co? Mam proste włosy, nie potrzebuję ich usztywniać. Kiedyś jednak każda wizyta w salonie kończyła się tym, że wychodziłam z niego w kasku z włosów. Były tak sztywne i przylizane, że ani drgnęły na wietrze…

A Jakich fryzjerów Wy nie lubicie? Na co zwracacie uwagę podczas wizyty u fryzjera? Co Was najczęściej razi, męczy lub sprawia, że czujecie się na fotelu niekomfortowo?

Polecam:

Popularne w tym miesiącu: