Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niedziela dla włosów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niedziela dla włosów. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 marca 2018

Pielęgnacja na dziś: fioletowy szampon do blondu i maska „Opuncja i mango” L’biotica, serum Cameleo


Pamiętacie jeszcze serię „Niedziela dla włosów”? Napisałam w przeszłości dziewięć wpisów tego typu, możecie zobaczyć je w dziale „Inspiracje i ciekawostki”. Tak się jednak składało, że owa „niedziela” rzadko w niedzielę wypadała, przemianowałam więc nazwę na bardziej ogólną „Pielęgnację na dziś”. Po oglądalności widzę, że lubicie takie wpisy, postaram się więc do nich wracać. Tym bardziej, że działają na wiele z was motywująco, a dodatkowo można się z nich dowiedzieć o działaniu różnych kosmetyków :)

Przedwczoraj po raz pierwszy sięgnęłam po nowość L’bioticy – fioletowy szampon do blondu, który już wam pokazywałam niedawno na Instagramie i Facebooku. Ma piękny i intensywny kolor, a przy tym dość delikatny, perfumowany zapach. Umyłam nim włosy (bardzo dobrze się pieni) i jestem naprawdę zadowolona z jego działania chociażby pod kątem świeżości włosów – dwie doby później są wciąż czyste i pachnące i daleko im do przetłuszczonych! Pod tym względem jestem naprawdę pod dużym wrażeniem.



Po umyciu włosów odcisnęłam je z wody i lekko wytarłam w bawełnianą koszulkę (tak, tak, jestem wierna tej metodzie), by maska „Opuncja i mango”, którą po chwili wtarłam, nie spłynęła. Trzymałam ją na włosach przez około 10 minut, po czym zmyłam letnią wodą.

Niestety, chwilę później czymś się już zajęłam i zupełnie zapomniałam o tym, by sięgnąć po wcierkę. Nie chcę jej nigdy stosować na mokrą skórę głowy, by także nie spłynęła z wodą, zawsze więc używam jej przynajmniej po kilkunastu minutach od czasu umycia włosów.

Na końcu podsuszyłam wilgotne włosy suszarką i nałożyłam na końcówki odrobinę serum Cameleo. Używam go już tak długo, że dawno temu zdążyło mi się już znudzić. Szkoda mi go jednak wyrzucić, więc męczę się z nim od kilku tygodni. Trzeba mu jednak oddać sprawiedliwość, że działa całkiem dobrze, zabezpieczając włosy, a do tego przyjemnie, choć dość słodko pachnie.

Moje włosy tuż po wysuszeniu są najbardziej spuszone, ostateczne efekty oceniam więc następnego dnia. Duet szampon i maska L’biotica sprawdził się moim daniem całkiem dobrze: kolor został bardzo delikatnie ochłodzony, włosy były długo świeże, dociążone i ładnie pachniały. Jestem ciekawa, czy ta kwestia mniejszego przetłuszczania to jakiś jednorazowy przypadek, czy faktycznie mogę się spodziewać takiego efektu przy kolejnych użyciach tego szamponu!



Dajcie znać czy używałyście któregoś z tych kosmetyków i jakie były u was efekty!

Polecam też:

niedziela, 21 maja 2017

Niedziela dla włosów (9): szampon Gliss Kur i maska Kérastase


Minęły już wieki od ostatniego wpisu z serii „Niedziela dla włosów”, a patrząc na ilość wyświetleń dużo osób bardzo lubi tę serię, więc postaram się do niej przynajmniej od czasu do czasu wracać. Muszę przyznać, że już od dawien dawna nie eksperymentuję z włosami tak, jak na początku mojej fascynacji włosomaniactwem (to określenie wciąż przyprawia mnie o gęsią skórkę!) – mam na myśli stosowanie półproduktów i składników naturalnych – mimo to jednak korzystam z różnych kosmetyków i – uwierzcie mi – efekty ich użycia bywają naprawdę rozmaite…

Tym razem zastosowałam trzy produkty, a ich wybór był podyktowany chęcią zestawienia ze sobą kosmetyku taniego i łatwo dostępnego (szampon Gliss Kur) z drogim i trudniejszym do kupienia (maska Kérastase). Do zabezpieczania końcówek użyłam zaś Olejku w kremie Marion. Wszystkie te produkty możecie zobaczyć w moim koszyku zakupowym w sklepie Amfora, z którym obecnie współpracuję – taki koszyk umożliwia pokazanie innym swojego zamówienia, odłożenia finalizacji zamówienia na później (przyznam, że często brakowało mi tej funkcji w niektórych sklepach internetowych) czy skompletowania swojej zakupowej listy życzeń.

Po rozczesaniu włosów umyłam je więc szamponem Gliss Kur Fiber Therapy – to nowa seria firmy Schwarzkopf, którą miałam okazję poznać kilka tygodni temu na konferencji prasowej marki (szczegóły takich spotkań pokazuję zawsze na fan page’u). Szampon przeleżał trochę w szafce, ale wreszcie miałam okazję go użyć. Pierwsze wrażenie? Ładnie pachnie i dobrze oczyszcza, czyli działa tak, jak się spodziewałam.

Następnie odsączyłam włosy z wody i nałożyłam na nie nieco maski Kérastase Elixir K Ultime na 5 minut. Stosuję ją od kilku tygodni i muszę przyznać, że pachnie obłędnie, a jej zapach długo utrzymuje się na włosach.

Po kilku minutach zmyłam maskę, a odsączone w koszulkę włosy zostawiłam na chwilę, po czym podsuszyłam je lekko suszarką chłodnym nawiewem. Na końcu nałożyłam na nie odrobinę (to słowo klucz w przypadku tego kosmetyku!) olejku w kremie Marion – testuję go już od dawna i wiem, że przy większej ilości bardzo obciąża i skleja moje włosy.

W efekcie włosy były puszyste, świeże i wygładzone – łatwo się rozczesywały i nie plątały. Zdjęcie jak zwykle nie oddaje kolorystyki, szczególnie na czubku głowy, która wyszła bardzo ciemno, jednak myślę, że widać przynajmniej to wygładzenie. Będę dalej testować użyte tego dnia kosmetyki w innych konfiguracjach – ciekawe czy w towarzystwie innych produktów będą działały podobnie, czy zupełnie inaczej. 


Znacie kosmetyki, których użyłam? Który z nich najbardziej chcielibyście przetestować?

Polecam inne wpisy z tej serii:

niedziela, 27 grudnia 2015

Niedziela dla włosów (8): zabieg laminowania Marion


Ostatni wpis z serii „Niedziela dla włosów” pojawił się na moim blogu ponad pół roku temu – z jednej strony powodem jest brak czasu (głowę myję zazwyczaj w pośpiechu wieczorem i nie zawsze mam czas na kombinacje związane z kosmetykami, robieniem zdjęć czy opisywaniem wszystkiego), a drugiej zaś moja pielęgnacja włosów jest obecnie dość minimalistyczna i zazwyczaj wykorzystuję to, co akurat mam pod ręką.

Dziś jednak, tuż po świętach, miałam wreszcie trochę więcej czasu i zanim przyszli goście mogłam sięgnąć po coś, co zalegało w mojej szafce od wielu miesięcy – saszetkę „Zabieg laminowania Marion”. Zalegało, bo – chociaż byłam ciekawa jej działania – nieco przerażał mnie jej bardzo długi i nie całkowicie dobry skład. O tym jednak napiszę niedługo w recenzji. Saszetka leżała więc i leżała, a data przydatności do użycia była coraz bliżej, postanowiłam więc wreszcie ją przetestować.

Całą historię (sic!) muszę jednak zacząć od tego, że w Wigilię dostałam lokówkę Philips ProCare Auto Curler i już następnego dnia na pierwszy dzień świąt miałam okazję jej użyć. Kiedy więc dziś zaczęłam – nazwijmy to – rytuał pielęgnacyjny, musiałam najpierw rozczesać splątane loki. Do tego zadania została powołana szczotka z włosia dzika – i słusznie, bo całkiem nieźle sobie poradziła, chociaż rozczesane w ten sposób skręty zamieniły się w nastroszoną szopę. 

Następnie na skórę głowy nałożyłam odrobinę lotionu oczyszczającego MonRin, który wręcz pachnie świeżością, i pozostawiłam go na pięć minut. Głowę umyłam szamponem Natural marki Colway International – podtrzymuję swoją dobrą opinię o tym produkcie, jest naprawdę wydajny, ma idealną konsystencję, dobrze się pieni, nie podrażnia, a moje włosy są po nim długo świeże.


Na koniec odcisnęłam włosy w bawełnianą podkoszulkę (od dawna nie używam już do tego ręcznika) i nałożyłam jedną z dwóch saszetek „Zabieg laminowania Marion”, pozostawiając produkt na włosach przez 10 minut pod dołączonym do niego czepkiem. Postanowiłam nie wydłużać tego czasu i zrobić tak, jak producent radzi na opakowaniu, aby zobaczyć rzeczywisty efekt zabiegu na moich włosach. Po zmyciu kosmetyku pasma delikatnie nim pachniały.

Włosy wysychały naturalnie przez jakiś czas, a pod koniec, bo już zaczęło się robić późno i musiałam się spieszyć, dosuszyłam je lekko suszarką. Początkowo włosy były bardziej niż zwykle splątane i sztywne, ale zmieniały się na plus w miarę wysychania.


Na końcówki nałożyłam jeszcze jedną pompkę Olejku arganowego Bielendy i mogłam ocenić efekt… Jak dla mnie był on taki, jak zwykle! Włosy były wygładzone, lekko pachnące i sypkie. Jestem zadowolona z rezultatu, ale po saszetce Marion spodziewałam się chyba czegoś naprawdę ekstra.


PS. To już dwusetny wpis na moim blogu! :)

Inne NdW:

niedziela, 21 czerwca 2015

Niedziela dla włosów (7): olejek Agafii i ekstrakt z drożdży piwnych


Od kilku ostatnich tygodni podchodzę do pielęgnacji włosów dość minimalistycznie, nie sięgając po zbyt wiele kosmetyków na raz. Dawno nie korzystałam też z półproduktów, co, jak się okazuje, było sporym błędem, bo kilka z nich niedługo straci swoją ważność.

W tę "niedzielę", która, dla porządku,  wypadła mi w sobotę wczesnym popołudniem, kiedy miałam najwięcej czasu, sięgnęłam więc do swoich półproduktowych zbiorów i wyciągnęłam ekstrakt z drożdży piwnych. Uznałam, że najlepiej będzie go zastosować na skórę głowy, mieszając z jakąś odpowiednią dla skalpu odżywką.

Po spryskaniu skóry głowy resztką wcierki Agafii "Aktywne serum na porost włosów" (której zapomniałam umieścić na zdjęciu) i trzygodzinnym olejowaniu olejkiem Agafii "Odżywienie włosów" umyłam głowę szamponem Biovax "Naturalne oleje". Nie przepadam za jego gęstą konsystencją nawet mocne rozwodnienie sprawia, że szampon trudno jest rozprowadzić na całej skórze.

Po odciśnięciu włosów z wody wymieszałam odżywkę Biały Jeleń z kilkunastoma kroplami ekstraktu z drożdży piwnych i tak przygotowaną mieszankę nałożyłam na skórę głowy i włosy na 10-15 minut. Myślę, że ekstrakt świetnie sprawdzi się jako dodatek do wcierek i wszelkich kosmetyków nakładanych na skalp, a trochę gorzej rozprowadzany na pasmach, ponieważ zawiera alkohol.

Po zmyciu odżywki z ekstraktem podsuszyłam włosy letnim nawiewem suszarki. Były gładkie, lśniące i dobrze się układały. Na koniec nałożyłam na nie kropelkę serum Biovax "A+E".

Na zdjęciu możecie zobaczyć jak bardzo moje włosy skróciły się po ostatnim podcięciu. I chociaż początkowo (po pierwszym i drugim umyciu głowy) końcówki nieco mi się wywijały, teraz wróciły już do swojego normalnego stanu. Wydaje mi się, że za kilka miesięcy, gdy podetnę włosy o kolejnych kilka centymetrów, uda mi się całkowicie pozbyć zniszczonych partii (tych, które jeszcze nieco się puszą tuż po myciu). Nie mogę się tego doczekać ;)


Inne "NdW":

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Niedziela dla włosów (6): olejek i wcierka Agafii oraz maska Farmona


Tak się złożyło, że od dwóch tygodni mam szwy między innymi na przegubie dłoni, co znacznie utrudnia mi codzienne funkcjonowanie i nawet mycie głowy stanowi mały problem logistyczny :) W ciągu ostatnich dni wszelkie zabiegi pielęgnacyjne ograniczyłam więc do minimum i dopiero w niedzielę, gdy miałam więcej czasu dla siebie, zdecydowałam się na większe spa dla włosów.

W ruch poszedł olejek Agafii „Odżywienie włosów” – specyfik o nieładnym zapachu, ale naprawdę dobrym działaniu – oraz wcierka Agafii „Aktywne serum na porost włosów” – również nieprzyjemnie pachnąca, ale zwierająca moc dobroczynnych substancji. Po wmasowaniu produktów w skórę głowy i włosy założyłam turban termalny Hair Spa i zajęłam się bardziej istotnymi sprawami.

Zanim się spostrzegłam minęły trzy godziny – umyłam więc głowę szamponem Orientany, odsączyłam włosy dość mocno w koszulkę i, po raz pierwszy, nałożyłam odbudowującą maskę Bamboo&Oils firmy Farmona na pół godziny. Muszę przyznać, że (o ile to nie autosugestia!) faktycznie pachnie ona bambusem.

Po zmyciu maski dałam włosom trochę czasu na wyschnięcie i bez czesania podsuszyłam je lekko pod sam koniec, gdy były już tylko lekko wilgotne. Na koniec na końcówki nałożyłam Jedwab Green Pharmacy.

Nie robiłam zdjęcia tuż po, lecz dopiero następnego dnia rano (foto poniżej) – dopiero wtedy jestem w stanie ocenić efekty zabiegów, gdyż tuż po wysuszeniu moje włosy są najbardziej spuszone.

Rezultat? Włosy były w miarę wygładzone i chyba bardziej sztywne niż zwykle – to pewnie zasługa sporej ilości protein zawartych w masce Farmony. Z powodu dzisiejszego upału w ciągu dna zaczęły się jednak nieładnie puszyć na końcach. Niestety, ostatnio nie miałam zupełnie czasu na regularne olejowanie i wydaje mi się, że odbiło się to na wyglądzie moich włosów – będę musiała w maju wrócić do tego zabiegu.


Pozostałe NdW:

niedziela, 22 marca 2015

Niedziela dla włosów (5): olejek Bielendy, macerat czosnkowy i Biovax Orchid


Nieraz już przekonałam się, że im mniej się w czymś staram, tym lepiej mi to wychodzi. Dzisiejsza NdW potwierdza tę regułę bogata pielęgnacja i dużo dłuższy niż zazwyczaj czas poświęcony włosom okazały się być mało satysfakcjonujące w skutkach.

Po rozczesaniu włosów szczotką z naturalnego włosia spryskałam je mieszanką mleczka jedwabnego i wody, po czym nałożyłam Drogocenny Olejek Arganowy Bielendy, a w skórę głowy wtarłam domowy macerat czosnkowy – mimo moich obaw jego zapach jest bardzo przyjemny... i apetyczny. Co więcej, szybko ulatnia się z włosów po ich umyciu. Włosy związałam i założyłam podgrzany turban termalny Hair Spa.

Po trzech godzinach opłukałam włosy i na kolejne pół godziny nałożyłam maskę Biovax Orchid z ich nowej serii. To moje pierwsze użycie tego produktu i byłam bardzo ciekawa, jak zadziała.

Następnie umyłam głowę ziołowym szamponem Agafii i na kilkadziesiąt sekund wtarłam we włosy odżywkę Pharmaceris.

Po częściowo naturalnym wyschnięciu, a częściowo podsuszeniem włosów letnim nawiewem suszarki, wtarłam w końcówki Jedwab w płynie Green Pharmacy, który testuję od kilku tygodni.

Niestety, efekt jest słaby – włosy niby są miękkie i przyjemne w dotyku, a w 3/4 długości mięsiste i gładkie, ale końcówki (mimo 4-cm podcięcia tydzień temu) są niemiłosiernie spuszone. Mam nadzieję, że jutro będą wyglądać chociaż odrobinę lepiej.

Dlaczego nie wyszło? Obawiam się, że winę za to ponosi dłuższe niż zazwyczaj olejowanie, w dodatku olejem z domieszką oleju arganowego, który niespecjalnie się u mnie sprawdza. Powodem takiego stanu rzeczy może też być nowa maska do włosów, chociaż wątpię, żeby dała taki efekt. Myślę, że zagadka rozwikła się w miarę dalszego jej testowania.


Inne NdW:

poniedziałek, 2 lutego 2015

Niedziela dla włosów (4): olej ze słodkich migdałów, wcierka chilli i zestaw Biovax


Są takie tygodnie, kiedy nie ma się czasu na nic, a "Niedziela dla włosów" staje się poniedziałkiem. Planując dzisiejszą "NdW", z powodu narastającego bólu głowy, przyświecała mi jedna myśl: przeprowadzić ją ekspresowo. Początkowo chciałam wymieszać olej z maską i w ten sposób zyskać na czasie, ostatecznie jednak jak zwykle rozłożyłam wszystkie czynności na etapy.

Z racji tego, że proteiny ostatnim razem przyniosły mi więcej puchu niż pożytku (klik), a humektanty zimą ograniczam, postawiłam na pielęgnację głównie emolientową.

Ciekawostka jest taka, że dzisiejsze włosowe spa okazało się mieć... moc terapeutyczną :) Na początku bowiem, gdy zaczęłam wmasowywać w skórę głowy domowy macerat chili (przepis), na ponad 40 minut przestała mnie boleć głowa. Nie wiem, czy to przypadek, czy może podziałał tak na mnie rozluźniający masaż głowy, który towarzyszy aplikacji wcierki, a także jej dość ostry zapach, ale na kilkadziesiąt minut poczułam się lepiej. Potem ból wrócił, ale był już słabszy.

Na długości włosów zaaplikowałam olej ze słodkich migdałów z dodatkiem ciągnącej się niczym guma witaminy B5. Ma ona wiele funkcji:
  • wzmacnia i buduje łodygę włosa,
  • osłania włosy ochronnym filmem,
  • wpływa na porost włosów i poprawia ich pigmentację.

Na tak naolejowane włosy na 1,5 godziny założyłam podgrzewany turban termalny HairSpa. Po tym czasie nie opłukałam włosów, tylko dołożyłam na nie warstwę maski Biovax BB do włosów blond.

Po pół godzinie, czyli optymalnym czasie trzymania masek, umyłam włosy ajurwedyjskim szamponem Orientany, który długie miesiące przeleżał na mojej łazienkowej półce w oczekiwaniu na użycie. Szampon jest bardzo gęsty i ma przyjemny, kwiatowy zapach. Miło było wreszcie użyć czegoś innego niż Babydream :)

Na końcu użyłam odrobiny odżywki Biovax BB 60 sekund do włosów blond oraz płukanki z domowego octu jabłkowego (przepis) w proporcji dwie łyżki na litr letniej, przegotowanej wody. Ocet działa zakwaszająco i domyka łuski włosów, dzięki czemu są one mniej podatne na uszkodzenia, a także bardziej się błyszczą.

Włosom dałam wyschnąć naturalnie, na samym końcu podsuszając je tylko lekko letnim nawiewem suszarki. Już wysuszone zabezpieczyłam na końcach Drogocennym olejkiem arganowym Bielendy.

Efekt? W starciu olej kontra szampon Orientany ten pierwszy zwyciężył wynikiem 1:0... Włosy na czubku głowy wyraźnie się nie domyły i świecą się jak miliony monet. Poza tym są raczej gładkie, z jak zwykle problematycznymi, ale będącymi w lepszym niż poprzednio stanie końcówkami.


A jak minęły Wasze NdW? Były udane?

niedziela, 25 stycznia 2015

Niedziela dla włosów (3): oliwa, maska z ziemniaka, miodu i żółtka


Tym razem postawiłam na bardzo proste, tanie i naturalne produkty, które większość z nas ma w kuchni: oliwę, jajko, ziemniaka i miód, dzięki czemu udało mi się dostarczyć włosom wszystkich niezbędnych składników: emolientów, humektantów i protein.

Po rozczesaniu włosów szczotką Tangle Teezer wtarłam w skórę głowy resztę domowego maceratu imbirowego, który stosowałam przez ostatni miesiąc (przepis: Zrób to sama: maceraty, czyli domowe wcierki do włosów). Do maceratu dodałam kilka kropli olejku herbacianego, który stymuluje krążenie krwi w skórze, działa bakteriobójczo, pomaga zwalczyć łupież i reguluje produkcję sebum. Na długości włosów rozprowadziłam natomiast oliwę i nałożyłam turban termalny HairSpa.

Po dokładnie 2 godzinach i 20 minutach opłukałam włosy ciepłą wodą, by odchylić ich łuski. Po delikatnym osuszeniu nałożyłam na 3/4 długości włosów maskę składającą się z:
  • żółtka jajka,
  • łyżki miodu,
  • soku z jednego ziemniaka (poprzednim razem wrzuciłam do maski całego startego na tarce ziemniaka i dość trudno było mi potem spłukać osadzone na włosach drobinki; więcej o tym, jak zrobić tanie kosmetyki z tego warzywa i dlaczego warto, pisałam tutaj: Zrób to sama: kosmetyki do włosów z ziemniaka),
  • łyżkę maski Crema al Latte (Serical).

Maska wyglądała i pachniała jak kogiel-mogiel :)
Maskę zmyłam po 15 minutach szamponem Babydream i nałożyłam na chwilę odżywkę Biovax BB 60 sekund do włosów blond. Włosy zostawiłam do naturalnego wyschnięcia, podsuszając je tylko odrobinę na końcu chłodnym nawiewem suszarki, by domknąć łuski. Końcówki zabezpieczyłam Drogocennym olejkiem arganowym Bielenda.

Efekt? Włosy na długości gładkie i błyszczące, ale końcówki spuszone. Przypuszczam, że sporo w tym winy zbyt dużej ilości protein (żółtko i proteiny mleczne w masce Crema al Latte).

Kilka dni temu przeprowadziłam podobny plan pielęgnacji z tą różnicą, że wówczas nie użyłam maski Kallos. W rezultacie włosy wyglądały wtedy odrobinę lepiej, były bardziej wygładzone, chociaż wciąż sporo im do ideału brakowało.

Dziś (z maską Crema al Latte)
Kilka dni temu (bez maski Crema al Latte)
A jak minęły Wasze włosowe spa?

niedziela, 18 stycznia 2015

Niedziela dla włosów (2): olej lniany, mleczko jedwabne i balsam Agafii


Ostatnio przeglądałam swoje półprodukty sprawdzając, jakie są ich daty ważności, i postanowiłam więcej korzystać z tych, które najszybciej mogą się przeterminować. Z tego względu dziś w ruch poszło (przyznaję, zapomniane przeze mnie już od dawna) mleczko jedwabne.

Początkowo rozczesałam włosy szczotką z włosia dzika i wtarłam w skórę głowy domowy macerat imbirowy z dodatkiem olejku rozmarynowego, który nie tylko sprawił, że mieszanka ładnie pachniała, ale też stymuluje krążenie, pobudza cebulki włosowe, zapobiega wypadaniu włosów i łupieżowi.

Na długości włosów rozprowadziłam olej lniany z dodatkiem mleczka jedwabnego, które dzięki temu, że zawiera zarówno proteiny, jak i emolienty oraz humektanty, nawilża, nadaje miękkość i gładkość, zapobiega elektryzowaniu i ułatwia rozczesywanie włosów.

Skład mleczka jedwabnego to (na kolorowo zaznaczyłam proteiny, humektanty i emolienty): Aqua (woda), Hydrolyzed Silk (proteiny jedwabiu), Helianthus Annuus Seed Oil (olej słonecznikowy), Butylene Glycol (nawilżacz), Glyceryl Stearate (monostearynian gliceryny, czyli emolient), PEG-60 Hydrogenated Castrol Oil (uwodorniony olej rycynowy oksyetylenowany 60 molami tlenku etylenu, czyli emolient).

Na końcu założyłam czepek i turban termalny HairSpa, który jest teraz jednym z moich ulubionych akcesoriów do włosów.

Po dwóch godzinach (całe szczęście, że moje włosy lubią krótkie olejowanie, nie wiem skąd miałabym czas na dłuższe!) opłukałam włosy ciepłą wodą, która otworzyła łuski i spłukała nadmiar oleju. Na 20 minut nałożyłam jeszcze Balsam Agafii na kwiatowym propolisie, umyłam głowę szamponem Babydream i, by wygładzić włosy, zaaplikowałam odżywkę Biovax Blond.

Początkowo włosy były dość sztywne i miałam wrażenie, że trudno będzie je ujarzmić, jednak po kilku minutach pod wpływem chłodnego nawiewu suszarki zaczęły się rozplątywać. Na końcu zabezpieczyłam końcówki Drogocennym olejkiem arganowym Bielendy.

Efekt? Włosy są bardzo sypkie, błyszczące i gładkie. Mleczko jedwabne na pewno miało w tym spory udział :)

(zdjęcie jak zwykle bez flesza)

Mieliście dziś chwilę czasu na małe włosowe spa?

niedziela, 11 stycznia 2015

Niedziela dla włosów (1): olej arganowy, domowa wcierka imbirowa i Kallos z dynią


Dziś wieczorem, korzystając z tego, że miałam wreszcie odrobinę czasu dla siebie w domu, mogłam bez przeszkód zorganizować włosom małe emolientowo-proteinowe spa :)

Najpierw wtarłam w skórę głowy odrobinę domowego maceratu imbirowego (przepis), który wzmacnia włosy, zapobiega wypadaniu i wpływa na porost. O dziwo taki macerat nie pachnie zbyt ładnie, dodałam więc do niego kilka kropli olejku lawendowego, który też ma wiele zalet: poprawia ukrwienie skóry (dzięki czemu wpływa na szybszy porost włosów), odżywia je i zmniejsza przetłuszczanie. Nie chcę wysnuwać zbyt pochopnych wniosków, ale używam go już od jakiegoś czasu i faktycznie włosy są dłużej świeże!

Na długości włosów rozprowadziłam olej arganowy, założyłam czepek, a na niego podgrzany turban termalny HairSpa.

Po dwóch godzinach opłukałam włosy ciepłą wodą, by zmyć z nich nadmiar oleju i otworzyć łuski. Nałożyłam na włosy maskę Kallos Latte wymieszaną z miąższem dyni (pełny przepis na odżywczą maskę z dyni znajdziecie tutaj) w ten sposób moje włosy dostały dużą bombę witaminową oraz odrobinę protein (proteiny mleczne z maski).

Maska Latte i dynia wyglądały jak deser owocowy, a pachniały jak dyniowo-waniliowy budyń :)
Mieszankę maski i dyni zmyłam po pół godzinie, umyłam skalp (nie cierpię tego słowa!) szamponem Babydream, a na końcu, aby wygładzić włosy i sprawić, by stały się miękkie, nałożyłam na nie na kilka sekund odżywkę Biovax do włosów blond.

Po odsączeniu włosów w bawełnianą koszulkę (całkowicie zrezygnowałam już z tarcia i wyciskania włosów ręcznikiem) zostawiłam je (bez czesania) do naturalnego wyschnięcia, podsuszając je jedynie na samym końcu letnim nawiewem. W końcówki wtarłam kroplę Drogocennego olejku arganowego Bielendy.

Efekt: włosy są puszyste i lśniące, ale niedociążone i lekko spuszone na końcach. Być może sprawdza się moje podejrzenie, że nie odpowiada im olej arganowy, a może po prostu keratyna po keratynowym prostowaniu bardzo się już wypłukała...

Moje włosy często wyglądają o wiele lepiej po nocy niż tuż po umyciu, liczę więc na to, że do jutra będą wyglądać znacznie lepiej :)


Tym wpisem otwieram u siebie popularną w blogosferze serię "Niedziela dla włosów". Lubicie takie posty?

Popularne w tym miesiącu: