Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proteiny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proteiny. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 marca 2018

Recenzja: Davines, Alchemic Conditioner Silver, Odżywka podkreślająca kolor – włosy jasne, platynowy blond i siwe


Każda z was, która rozjaśnia lub farbuje włosy na jasne odcienie, pewnie się ze mną zgodzi, że kosmetyków tonujących blond jest w drogeriach stacjonarnych jak na lekarstwo, a jeśli już są, to zazwyczaj słabo działające odżywki w sprayu lub szampony naszpikowane silnymi detergentami. Kiedyś miałam więc spory problem z dorwaniem tego typu dobrych kosmetyków, do czasu aż odkryłam odżywkę Davines. W moim przypadku okazała się niezbędna, ponieważ moje włosy dość szybko zmieniają kolor na coraz bardziej żółty (sporo winy za to ponosi olejowanie). 

Parokrotnie już pokazywałam wam ten produkt na blogu i Instagramie, długo z uporem maniaka (i błędnie!) nazywając go „maską”. Wszystko przez typowe dla masek opakowanie. Dość dobrze go już przetestowałam i dziś chciałabym napisać wam o nim coś więcej. 

Oceny cząstkowe: dobryneutralnysłaby.

Opakowanie

Niby odżywka, a słoik wygląda, jakby skrywał maskę. Jest jednak wygodny, łatwo się odkręca i nie sprawia problemów.


Zapach

Bardzo go lubię, chociaż jest intensywny i trudny do zdefiniowania. Wydaje mi się jednak, że ma w sobie coś tak charakterystycznego, że wszędzie bym go rozpoznała. Jest słodki i lekko mdławy zarazem.

Skład

Aqua (woda), Cetearyl Alcohol (emolient), Propylene Glycol (humektant), Cetyl Alcohol  (emolient), Cetrimonium Chloride (konserwant, antystatyk), Peg-2 Dimeadowfoamamidoethylmonium Methosulfate (antystatyk, kondycjoner), Phenoxyethanol (konserwant), Tocopherol (witamina E), Hydrogenated Palm Glycerides Citrate (emulgator, kondycjoner), Hydrolyzed Milk Protein (hydrolizowane proteiny mleka), Disodium EDTA (konserwant, stabilizator), Potassium Sorbate (konserwant), Ethylhexyl Methoxycinnamate (filtr UV), Methylparaben (konserwant), Ethylparaben (konserwant), Propylparaben (konserwant), Citric Acid (reguluje pH), Acid Violet 43 (barwnik tonujący jasne włosy), Parfum (zapach).

Aż siedem substancji działających konserwująco to naprawdę sporo jak na tak krótki skład. Na dłuższy też. To jedyny minus tej odżywki i szczerze mówiąc nie wiem, dlaczego producent zdecydował się upchać tu aż tyle konserwantów. Gdyby znajdowała się w tubce, a nie słoiku, pewnie byłoby ich mniej (słoiki są najmniej higienicznym typem opakowania, bo wkładamy do kosmetyku ręce i nadkażamy go). Wprawdzie jest tu też kilka parabenów, o których zaletach już wam pisałam, ale jednak… lekka przesada.

Poza nimi skład jest bardzo dobry: znajdziemy tu – poza fioletowym barwnikiem, który działa tonizująco na jasne włosy – także proteiny, emolienty i nawilżacze. Do tego filtry UV i witaminę E, która też działa ochronnie przed promieniami słonecznymi.



Działanie

Dla mnie bardzo dobre: odżywka faktycznie ochładza kolor jasnych włosów, jednocześnie je pielęgnując. Nie wysusza, nie niszczy, włosy są po niej odżywione, ładnie się układają, błyszczą i łatwo rozczesują. Zdecydowanie wolę ją niż każdy inny tonizująco działający kosmetyk, który testowałam do tej pory.

Konsystencja i wydajność

Ja używam tej odżywki najczęściej raz w tygodniu, a najrzadziej – raz na trzy tygodnie. Starcza mi na kilka miesięcy. Ma piękny, intensywnie szafirowy kolor.


Cena i dostępność

Niestety, produkty Davines to kosmetyki fryzjerskie i kupimy je wyłącznie we fryzjerskich sklepach. Ja w tę odżywkę zaopatruję się zawsze w hurtowni „Fale, loki, koki”, ponieważ jedną z jej filii mam nieopodal domu. Niestety, za każdym razem okazuje się, że nie ma jej na stanie i muszę czekać, aż przywiozą ją dla mnie z magazynów. To często trwa tydzień, a czasem nawet dwa… Cena też jest wysoka – odżywka kosztuje 90-100 zł.

Podsumowanie

Mimo wysokiej ceny i trudnej dostępności wykańczam już drugie opakowanie tej odżywki, tak bardzo ją lubię. Póki co to najlepszy kosmetyk ochładzający blond, z jakim miałam do czynienia. Polecam każdemu, kto chce unikać silnych detergentów w tonizujących szamponach i szuka kosmetyku, który nie tylko będzie pozwalał unikać żółtych tonów we włosach, ale też będzie je faktycznie pielęgnował.



Znacie kosmetyki Davines? Jaki produkt ochładzający blond możecie polecić?

Polecam:

niedziela, 4 marca 2018

Kosmetyki Hair Jazz – czy faktycznie przyspieszają porost włosów? | Efekty użycia na moich włosach


O kosmetykach Hair Jazz zrobiło się głośno w 2015 roku  obietnice producenta o rzekomym nawet 4,5-centymetrowym przyroście włosów miesięcznie skusiły wiele dziewczyn, które masowo zaczęły zamawiać produkty ze strony internetowej Harmony Plus, czyli polskiego dystrybutora. Sławę Hair Jazz dodatkowo podbijały rozmaite blogerki i vlogerki, a prężnie działający fan page marki skupiał zarówno zagorzałe zwolenniczki, jak i przeciwniczki tychże kosmetyków. Nie ma się co dziwić, przy założeniu, że Hair Jazz daje tak wspaniałe efekty, trudno było przejść obok ich szamponu, maski czy odżywki obojętnie. 

Wyniki badań klinicznych produktów Hair Jazz potwierdzają trzykrotnie szybszy wzrost włosów. W ciągu 4 miesięcy mogą one osiągnąć większy wzrost niż wcześniej w ciągu roku” – czytamy na stronie Hair Jazz. Obiecanki-cacanki, w które nie chciało mi się od początku wierzyć (do tych zawyżonych wyników testów producenta jeszcze wrócę w dalszej części tego wpisu!), postanowiłam jednak sprawdzić te kosmetyki sama na sobie. Dlaczego? Z dwóch powodów:
  • po pierwsze dlatego, że byłam ciekawa, czy Hair Jazz faktycznie działa, bo krążą o nim w internecie bardzo rozbieżne opinie,
  • a po drugie – dostałam od was liczne pytania, czy testowałam ten zestaw i czy warto go kupić, więc uznałam, że skoro tyle z was jest nim zainteresowanych, to może warto przyjrzeć mu się bliżej.

Odezwałam się więc do sklepu Harmony Plus, dystrybutora Hair Jazz, który bardzo szybko przesłał mi zestaw do testów. Przyznam z ręką na sercu: tylko dlatego zdecydowałam się na wypróbowanie tych kosmetyków, ponieważ od początku podchodziłam do nich sceptycznie i szkoda byłoby mi tylu pieniędzy na ich zakup. A kwota to niemała, bo za cały zestaw, który otrzymałam (szampon, maska i lotion), przyszłoby mi zapłacić ponad 300 zł.

Kosmetyki dotarły, zaczęłam testować. Trwało to dwa miesiące, bo na tyle starczyły mi produkty (lotion na dłużej, około 3 miesiące). Szybko zauważyłam, że skład zarówno szamponu, jak i maski oraz lotionu, różni się od tego, który jest zapisany na stronie producenta. To mnie zdziwiło, bo skoro został zmieniony, dlaczego nie zaznaczono tego na stronie? Zazwyczaj chodzi o kolejność występowania składników, ale nie tylko. Jak się zresztą za chwilę przekonacie, składy wszystkich tych trzech produktów są do siebie bliźniaczo podobne i występują w nich w zasadzie te same składniki.  

Przyjrzyjmy się więc najpierw na poszczególnym kosmetykom zestawu: w dalszej części wpisu skupiam się na ich składach oraz działaniu. Następnie przejdziemy do sprawdzenia, jakie są wady i zalety Hair Jazz, czy przyspieszają porost, czy warto je kupić i dlaczego uważam, że ich badania kliniczne to ściema.

Oceny cząstkowe (takie jak przy innych moich recenzjach): dobryneutralnysłaby.

Szampon Har Jazz

  • Cena: 105 zł, a w promocji – 97 zł.
  • Pojemność: 250 ml.
  • Kolor: niebieski.
  • Konsystencja: rzadka.
  • Zapach: chemiczny, nie przeszkadza, ale nie jest specjalnie przyjemny.

Skład: Aqua (woda), Sodium Coco Sulfate (mocny detergent), Cocamidopropyl Betaine (łagodny detergent),   Acrylates/Beheneth-25 Metacrylate Copolymer (regulator lepkości), Alcohol (alkohol), Ovum Shell  Powder (proszek ze skorupki jajka - źródło minerałów), Hydrolyzed Soy Protein (hydrolizat protein soi), Carboxymethyl-Chitin (wiąże wodę), Coco Glucoside (emulgator), Glyceryl Oleate (nawilżacz), Hydrolyzed Keratin (keratyna hydrolizowana), Dl-Camphor (działa przeciwbakteryjnie, daje uczucie chłodu), Pyridoxine Hcl (witamina B6 – działa przeciwłojotokowo, antybakteryjnie, antyoksydacyjnie), Sodium Dehydroacetate (konserwant), Parfum (zapach), Dehydroacetic Acid (konserwant), Benzyl Alcohol (działa wysuszająco na włosy), Ethylhexylglycerin (naturalny konserwant), Potassium Hydroxide (regulator pH), C.I. 42090 (barwnik), Amyl Cinnamal (zapach), Linalool (zapach).

Szampon jest typowo proteinowy, nie wiem tylko, które jego składniki mają wpływać na wyjątkowe – jak zachwala producent – przyspieszenie porostu włosów. Nie widzę w składzie niczego niezwykłego: są mocny i łagodniejszy detergent, kamfora o działaniu przeciwbakteryjnym, witamina B6, hydrolizat protein soi czy keratyna hydrolizowana.

Niestety, dość wysoko w składzie znajduje się alkohol. Wydawać by się mogło, że pełni rolę nośnika substancji aktywnych, ponieważ inna jego funkcja – konserwowanie – nie ma tu chyba sensu zważywszy na to, że w składzie jest już sporo innych konserwantów. Szampon może więc przesuszać włosy, a u niektórych – z racji sporej ilości protein – powodować przeproteinowanie.


To tyle o składzie, teraz kilka słów o użyciu i działaniu. Szamponu Hair Jazz używałam regularnie do każdego mycia głowy przez 2 miesiące (co oznacza, że sięgałam po niego średnio 3 razy w tygodniu). Nakładałam go na skórę głowy i lekko wmasowywałam placami (reszta włosów moczyła się w tym czasie w pianie, nie pocierałam ich). Następnie, zgodnie z zaleceniami, zostawiałam szampon na głowie na czas 1-2 minut i zmywałam.

Szampon, zapewne dzięki kamforze, dawał uczucie lekkiego chłodzenia skóry. Było to podobne do uczucia związanego z używaniem kosmetyków z mentolem. Mam wrażenie, że kamforę czuć też mocno w zapachu tego produktu, chociaż ten wydaje mi się też nieco ziołowy.

Dodam jeszcze, że szampon ma dość nietypowy niebieski kolor i jest rzadki. Niestety, zbyt rzadki do tego rodzaju opakowania – miałam z nim trochę problemów, bo przy każdym użyciu wyciekał mi z butelki, ale o tym już pisałam na fan page’u:



Generalnie byłam zadowolona z działania tego szamponu – mam na myśli efekt doraźny, który powodował na włosach. O dziwo dość dobrze łagodził mój stan skóry głowy (w tym swój udział miał też na pewno lotion, ale o nim za chwilę): przez ten czas nie miałam żadnych podrażnień, skóra nie swędziała i nie łuszczyła się.

Maska Hair Jazz

  • Cena: 130 zł, a w promocji – 104 zł.
  • Pojemność: 500 ml.
  • Kolor: kremowo-żółty.
  • Konsystencja: gęsta.
  • Zapach: chemiczny, mniej przyjemny niż szamponu, chociaż jednocześnie chyba też mniej intensywny.

Skład: Aqua (woda), Dimethicone (silikon, który można usunąć łagodnym szamponem), Cetearyl Alcohol (emolient), Cetyl Alcohol (emolient), Paraffinum Liquidum (parafina), Butyrospermum Parkii Butter (masło shea), Hydrolyzed Soy Protein (hydrolizowane proteiny soi), Ceteareth-20 (emulgator), Behetrimonium Methosulfate (nadaje poślizg, ułatwia rozczesywanie), Benzyl Alcohol (wysuszający alkohol), Centimonium Methosulfate (konserwant), Quaternium-91 (chroni kolor włosów), Centrimonium Chloride (ułatwia spłukiwanie, rozczesywanie, nadaje połysk, działa antystatycznie i konserwująco), CI 19144 (barwnik), CI 15985 (barwnik), Parfum (zapach), Dehydroacetic Acid (konserwant), Triethanolamine (regulator pH), Sodium Dehydroacetate (konserwant), Imidazolidinyl Urea (konserwant), Linalool (składnik zapachowy).

Zanim przejdę do analizowania składu, napiszę wam tylko, że w czasie używania tej maski i pozostałych kosmetyków Hair Jazz czytałam o nich dużo opinii – szczególnie na blogach, wierząc, że skoro ktoś prowadzi swoją stronę i pisze pod (zazwyczaj) swoim nazwiskiem, a często prezentuje też czytelnikom swoje zdjęcie (wiarygodność!), to co jak co, ale przed pisaniem robi chociaż jakikolwiek research, by nie pisać głupot i uniknąć jakiejś kompromitującej wtopy. 

I wiecie co? Znalazłam sporą ilość blogów – niekoniecznie mało znanych – na których autorki owszem, wklejały skład tej maski (oczywiście bez żadnej analizy i wytłumaczenia, co to za składniki), prezentowały zdjęcia „przed” i „po” i zachwalały efekty, ale do głowy im nie przyszło, żeby się zastanowić, skąd te rzekome efekty się wzięły. Bo szczerze? Ja nie wiem skąd. Dodajmy: dziewczyny, o których piszę, testowały tylko tę maskę i to po niej – rzekomo – tak szybko rosły im włosy.



Ale do meritum: podobnie jak w szamponie, w masce nie ma niczego nadzwyczajnego, co mogłoby wpływać na porost włosów i wyróżniało ten kosmetyk na tle innych. Może nie ma się co dziwić, bo przecież stosujemy ją na włosy, a nie na skórę, jak więc miałaby wpłynąć na cebulki?

Oczywiście nie omieszkałam zajrzeć na stronę producenta i poczytać sobie, co takiego – według niego – jest w tej masce, że w magiczny sposób przyspiesza wzrost włosów. Myślałam, że znajdę tam wytłumaczenie typu: „maska sama w sobie nie wpływa na porost, jest tylko częścią zestawu, w skład którego wchodzi produkt X przyspieszający wzrost włosów”. Oj, srodze się zawiodłam, bo na stronie maska zachwalana jest tymi słowami:

Bardziej miękkie, elastyczne włosy, łatwiejsze w układaniu, intensywne nawilżenie, przyczynia się do wzrostu włosów.

A wiecie, jaki jej składnik jest – wciąż wg producenta – wysuwany na plan pierwszy? Masło shea, opisywane jako „cenione za liczne właściwości, jeden z najbardziej popularnych składników produktów kosmetycznych”. Otóż to, masło shea występuje w licznych kosmetykach, w czym więc tkwi wyjątkowość tej maski? Co ją wyróżnia?

Co gorsze, skład maski Hair Jazz jest chyba nawet gorszy niż średni. Przede wszystkim jest to produkt mocno silikonowy, z całą masą konserwantów i wysuszającym alkoholem. Poza wspomnianym już masłem shea (działającym emolientowo) i hydrolizowanymi proteinami soi nie ma tu niczego szczególnego i godnego odnotowania. Jest też parafina, co do której każdy ma inne zdanie, generalnie jednak jest to składnik działający na włosy ochronnie i natłuszczająco, ale nie odżywiający (parafina jest olejem mineralnym pozyskiwanym z ropy naftowej). Pierwsza lepsza drogeryjna maska ma lepszy skład niż ten produkt, taka jest prawda. I na pewno kosztuje dużo mniej.


Przejdźmy jednak do kwestii używania tej maski. Za każdym razem postępowałam według zalecenia na opakowaniu, czyli nakładałam ją na włosy i zmywałam po około 3 minutach. Kosmetyk ułatwiał rozczesywanie, może nieco nabłyszczał i w zasadzie tyle. Efekt był raczej porównywalny do użycia jakiejś odżywki, a nie maski, która ma regenerować i odżywiać. Według mnie działała doraźnie i wcale nie najlepiej pomimo protein w składzie, które na ogół dobrze działają na moje włosy.

Problemy zaczęły się w lutym, po ponad miesiącu stosowania. Stało się to, o czym przestrzegały niektóre dziewczyny na forach internetowych i czego można się spodziewać, patrząc na skład maski: moje włosy się przeproteinowały. Sądzę, że to właśnie się stało, bo zaczęły być szorstkawe, mimo że zawsze są miękkie, okropnie się układały i generalnie sprawiały wrażenie suchych. Wystarczyło jedno użycie innej maski, by wróciły do swojej dawniejszej świetności.

Lotion Hair Jazz

  • Cena: 110 zł, a w promocji – 100 zł.
  • Pojemność: 200 ml.
  • Kolor: przeźroczysty.
  • Konsystencja: rzadka.
  • Zapach: podobny jak pozostałych produktów z tej serii: chemiczny, ale lekko słodkawy. Woń alkoholu kamufluje mnóstwo składników zapachowych.

Skład: Aqua (woda), Alcohol (wysusza, ale we wcierkach bywa konieczny, bo pozwala wnikać substancjom czynnym), Ppg-1-Peg-9 Lauryl Glycol Ether (emulgator), Ovum Shell Powder (proszek ze skorupki jajka - źródło minerałów), Hydrolyzed Keratin (hydrolizowana keratyna), Hydrolyzed Soy Protein (hydrolizat protein soi), Carboxymethyl Chitin (wiąże wodę), Parfum (zapach), Dl-Camphor (działa przeciwbakteryjnie i antyseptycznie), Sodium Benzoate (konserwant), Potassium Sorbate (konserwant), Pyridoxine Hcl (reguluje wydzielanie sebum), Sodium Dehydroacetate (konserwant), Citric Acid (reguluje pH), Amyl Cinnamal (składnik zapachowy), Benzyl Salicylate (składnik zapachowy), Benzyl Benzoate (składnik zapachowy), Citronellol (składnik zapachowy), Coumarin (składnik zapachowy), Geraniol (składnik zapachowy), Linalool (składnik zapachowy), Lilial (składnik zapachowy).

Jeśli wczytujecie się dokładnie w rozpisane przeze mnie w tym wpisie składy, pewnie już zauważyłyście, że producent żongluje tu w zasadzie w kółko tymi samymi składnikami aktywnymi: hydrolizowanymi proteinami soi, hydrolizowaną keratyną, proszkiem ze skorupek jajek, witaminą B6… W lotionie też je znajdziemy – w otoczeniu aż ośmiu składników zapachowych i trzech konserwantów.



Zalety? Sądząc po składzie, lotion jest w stanie wzmocnić włosy, odświeżyć skórę głowy, przeciwdziała przetłuszczaniu, działa antybakteryjnie. Szczerze mówiąc jestem najbardziej skłonna uwierzyć w jego moc działania niż szamponu, a tym bardziej maski, jednak w nim także nie widzę składników stricte przyspieszających porost. Jak dla mnie to wcierka jakich wiele i bardziej – według mnie – pasuje do niej funkcja przeciwdziałania wypadaniu niż wpływania na szybkość rośnięcia włosów.

U mnie lotion działał więc po prostu jak niezła wcierka, a jego największą zaletą okazało się być łagodzenie stanu skóry. Przez ostatnie dwa miesiące, odkąd go używam, moja skóra głowy jest bowiem uspokojona, nie swędzi, zapomniałam już o pieczeniu czy powstawaniu podrażnień. To chyba największa dla mnie zaleta zestawu Hair Jazz, choć oczywiście nie świadczy o tym, że są to kosmetyki w jakikolwiek sposób wyjątkowe – ten sam efekt osiągnęłam już wieloma innymi wcierkami, często o wiele tańszymi.

Kosmetyki Hair Jazz – zalety i wady

Jak dla mnie są to produkty w najlepszym wypadku tak przeciętne, że nawet trudno je jakoś wypunktować, ale w skrócie postaram się wypisać ich mocne i słabe strony.

Zalety:
  • lotion – o ile nie mamy szczególnie wrażliwej skóry głowy (zawiera alkohol) może pomóc (wraz z szamponem) oczyścić skórę, załagodzić świąd czy pieczenie (w moim przypadku się sprawdził),
  • lotion i szampon mogą też hamować przetłuszczanie się skóry głowy (pomagają regulować wydzielanie sebum).

Wady:
  • mogą powodować przeproteinowanie,
  • szampon zawiera silne detergenty i alkohol – stosowany zbyt często może przesuszać włosy,
  • cena (zdecydowanie zbyt wygórowana),
  • nie spełnia obietnic co do porostu – nawet jeśli go przyspiesza, to na pewno nie tak, jak zachwala producent.

Czy Hair Jazz faktycznie przyspiesza porost włosów?

Ujmę to tak: moje włosy po miesiącu kuracji Hair Jazz urosły około 2 cm, czyli trochę więcej niż zazwyczaj. Jakiś efekt więc jest i myślę, że największa w tym zasługa lotionu, który działa na skórę głowy i faktycznie najbardziej wpływa na cebulki włosów. A jak nakładałam lotion, to i masowałam chwilę skórę głowy, a jak wiadomo – to na porost też świetnie wpływa.

Efekty zastosowania Hair Jazz możecie zobaczyć na poniższym zestawieniu zdjęć. Na pierwszym widać moje włosy w pierwszym dniu po użyciu zestawu, a na drugim – po 5,5 tygodnia, czyli po prawie 1,5 miesiąca. Takie wizualne pokazanie różnicy jest chyba lepsze niż mierzenie włosów, bo jak się nie ma grzywki i mierzy się włosy na długości, to wystarczy milimetr inaczej ułożyć przedziałek i już wynik wychodzi inny. Na fotkach zaś możecie zobaczyć jak długość włosów zmienia się względem napisu na koszulce:


Pierwsze zdjęcie: po pierwszym użyciu zestawu Hair Jazz. Drugie zdjęcie: po 5,5 tygodniach regularnego używania Hair Jazz

To tyle moich efektów. Nie mogę jednak przejść obojętnie obok tego, co czytałam o Hair Jazz w internecie.

Na stronie Harmony Plus, przy kosmetykach Hair Jazz, poświęcono sporo miejsca na opisanie i zachwalanie tychże produktów. Czymś, co ma nas ostatecznie przekonać do ich kupienia, są badania kliniczne (link do nich znajduje się na stronie Harmony Plus przy opisie Hair Jazz), które rzekomo wykazały, że kosmetyki Hair Jazz przyspieszają porost włosów nawet do… 4,5 cm miesięcznie, a przeciętnie o 2,9 cm. Brzmi pięknie, prawda?

Jak dla mnie raczej nierealnie, bo skoro przeciętnie włosy rosną około 1 cm miesięcznie (przeciętnie – zdarza się więc, że u niektórych przyrost jest mniejszy, a u innych nawet dwukrotnie większy), to co takiego musiałoby się stać, by – dosłownie! – wystrzeliły 4,5 razy szybciej?

Badania kliniczne od razu wydały mi się więc podejrzane i okazało się, że nie bezpodstawnie: wynika z nich, że średni przyrost u grupy badanych osób we Francji wyniósł… 15,2 mm. Czyli nieco ponad 1,5 cm! Skąd więc wzięło się 2,9 cm, którymi to tak chwali się Hair Jazz?

To jeszcze nie koniec. Maksymalny przyrost 4,5 cm też jest wyssany z palca: według badań maksymalny przyrost wyniósł… 18,1 mm. I to w dodatku tylko u jednej z badanych osób. Nieźle, co?

Badania kliniczne, na jakie powołuje się Hair Jazz, świetnie przeanalizowała autorka bloga lamadolamy.pl, u której możecie przeczytać o przeinaczeniach i wprowadzaniu klientów w błąd przez producenta. Zamiast opisywać te – delikatnie mówiąc – nieścisłości, odsyłam was do jej wpisu. Powtórzę tylko za wspomnianą już blogerką: gdzie jest granica między marketingiem a oszustwem?

Postanowiłam jeszcze bardziej zgłębić temat i odezwać się do sklepu Harmony Plus. Wprost zapytałam w mailu, który dokładnie składnik Hair Jazz odpowiada za tak szybki – jak zachwalają – porost włosów. Oto odpowiedź, jaką otrzymałam (pisownia oryginalna):

Główne składniki Hair Jazz to proteiny, które są głównym materiałem każdego włosa. Również kompozycja innych składników (takich jak calcium, witamina B6) pomaga i stimuluje do cebulki włosów absorbować te proteiny i konwertować je do wzrostu włosów.

Czy warto kupić kosmetyki Hair Jazz?

Nie, nie warto. To moje zdanie, ale teraz popieram je dwoma miesiącami testowania. Nie wystąpiły u mnie zachwalane przez producenta efekty (byłoby cudem, gdyby się pojawiły), a w dodatku maska poważnie przeproteinowała mi włosy.

Zapytacie pewnie dlaczego w takim razie w internecie, poza krytycznymi, znajdziemy też pochlebne opinie na temat Hair Jazz? Moim zdaniem część opinii może być efektem działania internetowych trolli, a część – po prostu placebo, co opisała już wspomniana przeze mnie wcześniej autorka bloga lamadolamy.pl.

Najśmieszniejsze jest to, że o Hair Jazz pozytywnie wypowiadają się (także na blogach!) dziewczyny, które najwidoczniej nie mają pojęcia o tym, jak działają kosmetyki, nie zadały sobie trudu, by sprawdzić skład produktów, które stosują, czy choćby zajrzeć do badań klinicznych. Przyjęły za pewnik to, co o swoich „cudach” napisał producent. Dały się uwieść marketingowi, po prostu. Podam wam przykład: jedna z blogerek, której wpis o Hair Jazz przeglądałam, przygotowując się do napisania tego tekstu, zasugerowała swoim czytelniczkom, by – jeśli mają długie włosy – po nałożeniu kosmetyków Hair Jazz podkładały pod nie ręcznik, bo inaczej mogą sprawić, że na plecach zaczną im wyrastać włosy (!!!!). Rozumiecie? Myślała, że działają tak silnie, że wystarczy dotknąć nimi skóry, by doczekać się prawdziwej owłosionej dżungli. Pozostawię to bez dalszego komentarza.

Jestem bardzo ciekawa, czy używałyście kosmetyków Hair Jazz. Napiszcie, jak się u was sprawdziły, czy przyspieszyły porost włosów i czy nie spowodowały przeproteinowania?



Polecam:


  • Najlepsze metody na przyspieszenie porostu włosów – moje roczne obserwacje i ranking 
  • Co najbardziej poprawiło stan moich włosów?
  • Miesiąc stosowania kosmetyków fryzjerskich i trychologicznych – jak zmieniły stan moich włosów? 

    • wtorek, 30 stycznia 2018

      Recenzja: Cece of Sweden, Cece Med, odżywka do włosów Prevent Hair Loss


      Testowałam już kilka kosmetyków Cece of Sweden (linki do pozostałych recenzji znajdziecie na samym dole tego wpisu) i zazwyczaj dobrze działały one na moje włosy. Odżywka Prevent Hair Loss od początku budziła jednak moje wątpliwości, bo nie wierzę, że kosmetyk nie nakładany na skórę głowy może zapobiec ich wypadaniu. Zastanawiam się też, czy ta odżywka jest tym samym, co ten kosmetyk, bo różni je w zasadzie tylko kolor krzyżyka na opakowaniu i jeden wyraz w nazwie…

      Oceny cząstkowe: dobryneutralnysłaby.

      Opakowanie

      Niestety nieprzeźroczyste, ale za to z odkręcanym korkiem i na tyle miękkie, że można z niego wycisnąć resztkę kosmetyku. Zawiera 300 ml odżywki.

      Zapach

      Charakterystyczny dla kosmetyków Cece Med – dla mnie to woń oscylująca pomiędzy zapachem owoców a słodką gumą balonową.


      Skład

      Aqua (woda), Cetearyl Alcohol (emolient), Propylene Glycol (humektant), Cetrimonium Chloride (konserwant, antystatyk), Isopropyl Palmitate (emolient), Biotin (witamina H), Bambusa Arundinacea Leaf Extract (wyciąg z bambusa), Glycerin (gliceryna), Oryza Sativa Seed Protein (antyoksydant), Phytic Acid (kwas fitowy, nawilża, jest antyoksydantem),  Oryza Sativa Extract (puder ryżowy, absorbuje sebum), Hydrolized Lupine Protein (antystatyk, odżywia), Hydrolized Wheat Protein (hydrolizowane proteiny pszenicy), Hydrolized Keratin (hydrolizowana keratyna), Phantenol (pantenol), PEG-20 Castrol Oil (antystatyk, nawilża), Alcohol Denat. (wysuszający alkohol), PEG-60 Hydrogenated Castrol Oil (emulgator), Zea Mays Oil (olej kukurydziany), Calcium Pantothenate (kondycjoner, regeneruje, ułatwia gojenie), Inositol (pomaga przy łojotoku, antyoksydant), Retinol (witamina A), Rosa Moschata Seed Oil (olej z nasion róży piżmowej), Tocopheryl Acetate (antyoksydant), Tussilago Farfara Leaf Extract (ekstrakt z liści podbiału pospolitego), Butylene Glycol (humektant), Niacinamide (witamina PP), Triticum Vulgare Germ Oil (olej z kiełków pszenicy), Benzophenone-4 (filtr UV), Methylparaben (konserwant), Propylparaben (konserwant), Methylchloroisothiazolinone (konserwant), Methylisothiazolinone (konserwant), Parfum (zapach), CI 19140 (barwnik), Linalool (składnik zapachowy).

      Zacznijmy od dobrych stron składu, bo tych jest więcej: przede wszystkim w odżywce znajdziemy całe bogactwo olejków, witamin, antyoksydantów i humektantów. Warto zwrócić uwagę na składniki takie jak chociażby wyciąg z bambusa, który zawiera krzemionkę, aminokwasy, minerały, sacharydy, witaminy i flawonoidy, a przy tym nawilża włosy, wzmacnia je, zapobiega puszeniu i pomaga w walce z wypadaniem, a także ekstrakt z liści podbiału pospolitego, który reguluje funkcje gruczołów tłuszczowych i stymuluje wzrost włosów, a stosuje się go często przy świądzie, podrażnieniach skóry i wypadaniu włosów.

      Złe elementy tej dość długiej listy to przede wszystkim konserwanty i dość wysoko w składzie Alcohol Denat. Trzeba na niego uważać szczególnie, jeśli nasze włosy mają tendencję do przesuszania.


      Działanie

      Wciąż mam w pamięci działanie mojej ulubionej odżywki z repertuaru Cece of Sweden, czyli odżywki do włosów suchych i zniszczonych z jedwabiem, i to do niej porównuję kolejne podobne produkty. Niestety, "Prevent hair loss" się do niej nie umywa, jednak sama w sobie działa całkiem dobrze: ułatwia rozczesywanie, odrobinę wygładza i ujarzmia włosy. Mimo to brakuje jej czegoś więcej, a przy tym nie wierzę, że odżywka (nawet w połączeniu z szamponem – no chyba że można go trzymać na głowie kilka czy kilkanaście minut) może faktycznie zapobiec wypadaniu włosów. Tym bardziej, że producent nie pisze o tym, że można ją nakładać na skórę głowy, wnioskuję więc, że nie. Jak zatem kosmetyk, który nakłada się tylko na włosy, ma pomóc na wypadanie?

      Konsystencja i wydajność

      Lekko różowa odżywka ma przeciętną gęstość – nie jest ani zbyt rzadka, ani zbyt gęsta. Spokojnie wystarczy na przynajmniej miesiąc regularnego stosowania. 

      Cena i dostępność

      Odżywka "Prevent Hair Loss" kosztuje około 20 zł i jest dostępna w większości drogerii. Z jej kupieniem nie powinno być większych problemów.

      Podsumowanie

      Jestem trochę zdziwiona, że kosmetyk, który zawiera naprawdę sporo protein, zadziałał na moje włosy tak… średnio. Zazwyczaj proteiny świetnie się u mnie sprawdzały. Odżywka jest jednak niezła i warto ją przetestować, chociaż warto mieć na uwadze, że dość wysoko w składzie ma wysuszający alkohol.

      Lubicie kosmetyki do włosów z proteinami? Szukacie ich w składach produktów?

      Inne zrecenzowane przeze mnie kosmetyki Cece of Sweden:

      niedziela, 13 listopada 2016

      Co robić, gdy włosy się ciągną? | Jak rozciąganie włosów wpływa na ich stan? | Jak rozróżnić włosy elastyczne i sprężyste od tych, które się ciągną?


      Wiele lat temu przydarzyło mi się coś, co do dziś wspominam z dreszczykiem odrazy: po nieudolnym (jak teraz sądzę) farbowaniu u fryzjera niektóre pasma moich włosów (a konkretnie te, które były rozjaśniane) zaczęły się niemiłosiernie ciągnąć. Wyglądało to tak, że przy każdym czesaniu część włosów rozciągała się na szczotce jak guma do żucia, po czym wracała do swojego normalnego rozmiaru (czyli codziennej długości). Pasma te były w kiepskiej kondycji i od razu było widać, że daleko im do zdrowego stanu.

      Jak rozróżnić włosy elastyczne i sprężyste od tych, które się ciągną?

      Wbrew temu, co wiele osób uważa, taki stan rzeczy nie oznacza, że włosy są elastyczne – to efekt ich przegrzania albo przetrzymania rozjaśniacza na włosach. Wnętrze takiego włosa ulega wówczas zniszczeniu: pozbawiany swojego głównego budulca – keratyny – rozciąga się, a po jakimś czasie wypada.


      Włosy sprężyste, to włosy zdrowe – można je naciągać, ale do pewnego momentu. Przy czesaniu nie będą się wyciągać na szczotce, tak jak te zniszczone, tylko elastycznie poddawać naszym ruchom i wracać do swojego pierwotnego stanu. Jeśli znacząco się wydłużają, a/albo przy tym sprawiają wrażenie mało sprężystych (nie wracają w pełni do swojej normalniej długości), na pewno nie są zdrowe.

      Włosy mogą się też zacząć nadmiernie rozciągać, jeśli je przenawilżymy (będziemy nakładać za dużo nawilżaczy, czyli emolientów) i będziemy dostarczać za mało protein. Takie włosy po urwaniu często się skręcają.

      Wpis, który może się przydać: Jak zdiagnozować, czego potrzebują włosy?

      Jeśli regularnie farbujemy włosy, szczególnie farbami drogeryjnymi, lub też robimy to nieumiejętnie (przedłużając czas trzymania koloru na włosach), pasma mogą szybko stracić elastyczność. Takie włosy będą miały mniejszą odporność na naciąganie (mniejszą wytrzymałość) – łatwiej będą się urywać i łamać. Tylko co to znaczy „mniejszą”? Już tłumaczę.

      Jak bardzo można rozciągać włosy i kiedy powoduje to ich niszczenie?

      Elastyczność włosów jest związana z ich korą, na którą możemy działać poprzez proteiny oraz humektanty, czyli nawilżacze.

      Wyobraźmy sobie, że trzymamy w dłoni jeden włos. Gdy naciągniemy go odrobinę, nic się nie stanie – włosy bowiem do pewnego momentu można rozciągać bez obaw, że je uszkodzimy. Moment ten jest dla każdego indywidualny i zależy od grubości i stanu struktury pasm. Na pewno jednak każdy z nas z łatwością ten moment u siebie wyczuje. Mówi się, że bez skutków ubocznych włosy rozciągają się o 10%.

      Jeśli ów włos naciągniemy jeszcze mocniej, od 10 do 30%, dotrzemy do punktu granicznego, który sprawi, że włos wprawdzie nie pęknie, jego struktura będzie jednak uszkodzona. Jest to proces nieodwracalny. Zniszczony w ten sposób włos z czasem wypadnie.

      Najgorzej będzie, jeśli włos naciągniemy powyżej 30% – wówczas na pewno go zerwiemy.

      Pamiętajmy, że szczególnie wrażliwe na naciąganie są włosy mokre. To dlatego właśnie odradza się czesać je tuż po myciu. Jeśli jednak naprawdę musimy to zrobić, najlepiej jest podzielić włosy na sekcje i bardzo delikatnie rozczesywać od samego dołu, kierując się ku górze. Warto przy tym korzystać z odpowiednich odżywek nadających poślizg i ułatwiających rozczesywanie.

      Dobrze też wiedzieć, że włosy mokre samoczynnie się rozciągają. Ma to związek z tym, że ich mostki wodorowe zostają otwarte. Zauważyliście na przykład, że podcięta ma mokro grzywka po wyschnięciu robi się sporo krótsza?

      Wytrzymałość włosów

      Rozciągliwość włosów wiąże się z ich wytrzymałością. Wiadomo – włosy cienkie zerwą się szybciej niż grube. Co ciekawe, przy tych pierwszych (grubość 0,03 mm) wystarczy obciążenie 25 g, by doprowadzić do zerwania. Przy tych drugich zaś, czyli grubych (0,1 mm) – aż 250 g. Na wytrzymałość włosów wpływa też oczywiście siła: szybciej zerwie się włos błyskawicznie szarpnięty niż ten, który będziemy pomalutku rozciągać, prawda?

      Jak radzić sobie z włosami, które się ciągną?

      Takie włosy są już nieodwracalnie zniszczone – jeśli jednak nie chcemy ich obcinać, warto podziałać na nie doraźnie: używając kosmetyków z keratyną, czyli wzmacniając je od środka. Wiele osób poleca także zabieg kauteryzacji – ma on na celu odbudowę zniszczonych pasm, a jego głównym elementem jest zastosowanie kosmetyków z wyciągiem z bambusa, który ma wspomagać elastyczność włosów.

      W przypadku pasm, które się ciągną, szczególnie, jeśli zaobserwowaliśmy ten efekt po farbowaniu, warto też odstawić gorący nawiew suszarki i prostownicę, a jeśli nie możemy bez nich żyć, warto zapatrzeć się w kosmetyki termoochronne, dzięki którym nie będziemy jeszcze bardziej pogłębiać już istniejących na włosach zniszczeń (lub raczej: proces ten nie będzie aż tak destrukcyjny).

      A jakie są Wasze włosy: elastyczne i sprężyste czy ciągnące się? Doświadczyliście kiedyś tych drugich?

      Przypominam też o trwaniu konkursu związanego z drugimi urodzinami bloga – do wygrania jest duży zestaw kosmetyków fryzjerskich! Więcej pod tym linkiem.



      Polecam:

      Popularne w tym miesiącu: