Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z różnych punktów widzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z różnych punktów widzenia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 stycznia 2017

Z różnych punktów widzenia: jak przechowuję swoje kosmetyki do włosów?

Z przechowywaniem kosmetyków do włosów jest jak z każdymi innymi – należy chronić je przed słońcem oraz zbyt niskimi i zbyt wysokimi temperaturami. Najlepiej, jeśli stoją w zamkniętej szafce w pokoju lub łazience, gdzie będziemy je mieć pod ręką.

Każda z nas preferuje inne miejsca na przetrzymywanie kosmetyków do włosów – temat ten postanowiłam więc poruszyć w ramach serii „Z różnych punktów widzenia”, w której – poza mną – o swoich sposobach opowiedzą też inne blogerki!

Jak przechowuję swoje kosmetyki do włosów?

W czerwcu przeprowadziłam się z domu do mieszkania, więc ilość miejsca, które mogłam przeznaczyć na swoje kosmetyki, znacząco się zmniejszyła. Dla mnie była to spora zmiana – wcześniej miałam do dyspozycji dużą łazienkę i sporej wielkości szafę, w której przechowywałam swoje pokaźne zapasy. Mimo to jednak nie narzekam – tym bardziej, że mój narzeczony wspaniałomyślnie oddał mi do dyspozycji 90% miejsca w łazienkowych szafkach, a sam tłoczy swoje przybory na niewielkiej przestrzeni dwóch półek :)

W moim przechowywaniu kosmetyków (poza trzymaniem ich w odpowiedniej temperaturze i nie na słońcu) bardzo ważne są dwa elementy: rodzaj kosmetyku i data ważności. Co kilka tygodni przeglądam więc swoje zbiory upewniając się, czy na pewno żaden kosmetyk się wkrótce nie przeterminuje. Korzystam zaś z tych, których data ważności jest stosunkowo najkrótsza. Podział według rodzaju ułatwia mi zaś korzystanie z kosmetyków na co dzień – gdzie indziej trzymam w łazience maski, odżywki i szampony, z których korzystam najczęściej, a gdzie indziej odżywki bez spłukiwania, suche szampony, olejki i serum.



Moje kosmetyki do włosów stacjonują więc przede wszystkim w szafce-słupku w łazience: na jednej półce trzymam szampony, odżywki oraz zestaw do peelingowania skóry głowy, z którego korzystam co 2-3 tygodnie, na drugiej zaś – maski. Gdy któryś produkt się kończy, dostawiam na jego miejsce kolejny, który wyciągam z szuflady w pokoju – ale o szufladzie za chwilę.


W łazience kosmetyki do włosów trzymam też w malutkiej oszklonej szafce nad wanną – lubię ją, bo jest bardzo płytka i mam wrażenie, że łatwo w niej znaleźć to, czego aktualnie potrzebuję. W niej na najwyższej półce przechowuję m.in. prosty grzebień, którego czasem używam do rozprowadzania masek lub olejów na wilgotnych włosach, a także miękką opaskę do ochrony włosów na przykład podczas mycia twarzy (to świetny gadżet, który polecałam w tym wpisie). Niżej składuję odżywki w sprayu oraz serum do włosów i oleje (te, których nie trzeba trzymać w lodówce), a w środkowej części szafki (tej już nie fotografowałam) – suche szampony i spraye (tych używam zdecydowanie najrzadziej).


Lubię, gdy wszystko w domu jest uporządkowane i pozamykane, dlatego uwielbiam wszelkiego rodzaju pudełka z przykrywkami. Ostatnim miejscem w łazience, w którym można się natknąć na moje włosowe gadżety, jest więc malutkie pudełko z kokardą, w którym przechowuję szczotki, gumki, spinki, opaski i inne drobiazgi potrzebne do czesania.  


Na koniec przeniosę Was jeszcze na chwilę do jednego pokoju, w którym w dolnej, głębokiej szufladzie przetrzymuję resztę zbiorów – są to kosmetyki, których aktualnie nie używam (nowe, z najdłuższymi datami ważności). Z lewej strony uporządkowałam je w rzędach według rodzaju, żebym zawsze wiedziała, kiedy muszę ewentualnie coś dokupić, w pudełku po prawej zaś trzymam nieco inne produkty, które też przydają mi się do włosów – na razie nie zdradzę, co to, ale o nich przygotuję wkrótce odrębny artykuł.

Początkowo szczotki do włosów trzymałam jeszcze na toaletce w pokoju, ale z czasem przeniosłam je do łazienki, bo tam, przy większym lustrze, jest mi wygodniej się czesać.




„Swoje kosmetyki do włosów mam poustawiane w trzech różnych miejscach w domu. Te najczęściej używane szampony i odżywki trzymam na półce w łazience, gdzie mam je zawsze pod ręką. Stylizatory, produkty b/s i olejki poustawiałam na regale w swoim pokoju, bo zazwyczaj tam ich używam przed lub po myciu głowy. Wybrałam półkę z dala od okna i grzejników, także nic im tam nie grozi. Pozostają produkty rzadko używane oraz zapasy – je przechowuję w szafce w swoim pokoju, a w razie potrzeby przenoszę w inne miejsce. Marzy mi się jakaś mała komódka, gdzie mogłabym przechowywać wszystkie swoje kosmetyki, ale na razie musi mi wystarczyć to, co mam.

Staram się nie gromadzić zbyt wielu kosmetyków. Zazwyczaj robię zakupy, kiedy kończy mi się jakiś produkt – no chyba że napotkam świetną promocję. Czasami trafi do mnie też nagroda z konkursu lub z akcji testowania. Obecnie posiadam 2 szampony, 1 mydło do włosów, 1 suchy szampon, 3 odżywki, 2 maski, 3 stylizatory, 4 produkty b/s,  1 serum silikonowe, 2 oleje i 4 półprodukty. Dla jednych może to dużo, dla innych pewnie niewiele. Dla mnie to ilość w sam raz – mam w czym wybierać i mogę stosować zrównoważoną pielęgnację włosów, a przy tym nie tonę w zapasach kosmetycznych”.



„Zacznę od tego, że nie jestem i chyba prędko nie będę minimalistką jeżeli chodzi o włosowe kosmetyki. Lubię testować nowości, moje włosy często przyzwyczajają się do kosmetyków, więc posiadanie jednego olejku, maski i szamponu jest praktycznie niemożliwe. Moja kolekcja liczy nie tylko kosmetyki naturalne, ale też drogeryjne i fryzjerskie, które wcale nie uważam za złe.


Wszystkie przechowuję w łazience, tam gdzie myję włosy, tak jest mi najwygodniej. Jako jedyna kobieta w domu mam taki przywilej, że praktycznie cała półka przy wannie należy do mnie ;)  Dużym ułatwieniem dla mnie są plastikowe koszyczki, jeden służy mi do przechowywania szamponów i silikonowych serum, drugi do masek/odżywek, a trzeci do olei, które przetrzymuje z dala od promieni słonecznych. Ustawiłam je nazwą do góry, a więc bez problemu za każdym razem chwytam ten, na który mam ochotę, nie robiąc przy tym bałaganu ;) Na chwilę obecną takie rozwiązanie jest dla mnie najłatwiejsze, niepotrzebne mi są inne szafki/szufladki. Rzeczy, które się u mnie nie sprawdzają, oddaje koleżankom, robię rozdania na blogu lub czasem wystawiam licytację od 1 zł na allegro ;) Co do akcesoriów włosowych, te już przechowuję w sypialni w szkatułce. Tam trzymam gumki, spinki, opaski i tym podobne rzeczy”.

Marta z bloga martuu9x.blogspot.com


„Swoje kosmetyki do włosów w dużej mierze przechowuje w łazience. Ale oczywiście od każdej reguły są wyjątki. Tak samo jest z moim przechowywaniem kosmetyków. W łazience trzymam w szczególności kosmetyki, które używam na bieżąco.  Są to szampony, odżywki i maski. Swoje miejsce  ma tam też grzebień. Jako posiadaczka włosów kręconych czeszę je tylko gdy są wilgotne więc tak jest mi najwygodniej. Wszystko to znajduje się ułożone na ozdobnej podstawce. tak aby moje produkty nie mieszały się z produktami innych. W pokoju zaś trzymam wszystkie inne produkty, które używam np. oleje, wcierki, żele itp. To wszystko oczywiście ma swoje miejsce w pudełku. Znajdują się tam też inne kosmetyki, które lubię mieć pod ręką. Niekoniecznie do włosów, np. krem do rąk czy balsam. 

Z kolei wszystkie inne akcesoria „włosowe” staram się trzymać w zamkniętym pudełku. Suszarka, czepki jednorazowe i turbany z mikrofibry. Staram się, aby wszystko miało swoje stałe miejsce.


Oczywiście marzy mi się miejsce, w którym mogłabym trzymać wszystkie swoje kosmetyk do włosów i akcesoria. Myślę, że biała toaletka z dużym lustrem i dużą ilością półek byłaby idealna. Przy dużym lustrze spokojnie mogłabym czesać najróżniejsze fryzury, a półki na pewno nie stałyby puste ;)

Co do ilości kosmetyków do włosów to bywa różnie. Są momenty, że mam niezłe zapasy, a czasami mam tylko zestaw podstawowy.  Nie lubię kiedy mam zbyt duży wybór kosmetyków, bo zazwyczaj kończy się to tak, że mam ochotę przetestować każdy nowy kosmetyk, a później na półce mam 5 otwartych  szamponów i 5 różnych odżywek. Od jakiegoś czasu staram się eliminować ten nawyk. A gdy pojawi mi się za dużo kosmetyków, po prostu oddaje je bliskim”.



„Moje kosmetyki do włosów przechowuje w łazience w specjalnym wiszącym koszyczku w pozycji stojącej. Koszyczek ten jest wyłożony folią (z tego co kojarzę powinien z założenia służyć jako osłonka do doniczki na kwiatki) dlatego łatwo utrzymać go w czystości, stanowi również fajny element dekoracyjny łazienki.

Przy łóżku przechowuję jedynie płyn do kręconych włosów, którym psikam włosy przed spaniem i zwijam w ślimaczki. Dzięki temu na drugi dzień mam śliczne fale.

Mam po jednym reprezentancie z każdego etapu pielęgnacji. Wobec tego nie muszę stosować jakiejś specjalnej segregacji. Wszelkie inne kosmetyki, które nie sprawdziły się na moich włosach, zostały komuś sprezentowane, a kompletne buble zostały wyeliminowane. Często kosmetyki, które nie sprawdzają się na moich wysokoporowatych, podatnych, falowanych włosach, podarowuje mojej mamie, która ma zupełnie inny rodzaj włosów niż moje – jej włosy są proste i grube wobec tego często produkty, które u mnie się nie sprawdziły, u niej spisują się dobrze.

Obecny sposób przechowywania moich kosmetyków jest dla mnie optymalny. Oczywiście mogę sobie pomarzyć o nowej łazience z wielką wanną z hydromasażem i z przeszkloną szafeczką z przedziałkami między kosmetykami przeznaczonymi do różnego rodzaju pielęgnacji. Jednakże obecnie dobrze jest tak jak jest teraz. Kosmetyki są pod ręką właśnie wtedy, kiedy ich używam, czyli podczas kąpieli.

Obecnie mam niewielką ilość kosmetyków do włosów, ponieważ znalazłam już produkty, które najbardziej im służą.  Znajdziemy tu szampon do włosów, odżywkę, maskę do włosów, olejek i szczotkę do włosów, ponieważ po nałożeniu maski przeczesuję delikatnie włosy, aby lepiej rozprowadzić produkt. Mam również płyn do kręconych włosów, o którym wspominałam już wcześniej. Nie muszę już testować masy produktów, aby odkryć ten, który sprawdzi się na moich włosach. Ponieważ znam już potrzeby moich kosmyków, potrafię dobrać dla nich odpowiedni produkt i zdecydowanie rzadziej zdarzają mi się nietrafione produkty czy wręcz kosmetyczne buble. Mam obecnie naturalny kolor włosów – dzięki temu nie muszę je narażać na działanie farby czy też rozjaśniacza, a co najważniejsze nie mam problemów z odrostami. Raz na jakiś czas testuję nowe kosmetyki drogeryjne, czasami również sprawdzam nowe sposoby pielęgnacji na bazie produktów, które mogę znaleźć w kuchni. Przynajmniej raz w miesiącu robię peeling skóry głowy lub testuję jakąś płukankę. Jestem zadowolona z obecnego stanu moich włosów i mam nadzieję, że każda z Was jest również na tym etapie, a jeżeli jeszcze nie, to już wkrótce odkryje idealną pielęgnację dla swoich włosów”.

Zołza z bloga zolzazkitka.pl


„Odkąd zostałam „etatową” włosomaniaczką, produkty do pielęgnacji zaczęły pojawiać się jak grzyby po deszczu. Nie wiadomo kiedy półka w łazience zapełniła się do granic możliwości. Problemem zaczął być nie tylko brak wolnej przestrzeni do gromadzenia kolejnych perełek – w dotychczasowej kolekcji zapanował chaos, a ja całkowicie straciłam kontrolę nad tym, co mam!

Ze względu na to, że życiowo jestem raczej osobą poukładaną, która lubi mieć wszystko zaplanowane, posegregowane i dopięte na ostatni guzik, długo tak ciągnąć nie mogłam. Wszystkie kosmetyki zebrałam więc na jednym dywanie – jak się okazało, kolekcja była całkiem spora…

Podczas kosmetycznych porządków każdorazowo pierwszym krokiem jest wybór tych produktów, których używać będę w najbliższym miesiącu – moja pielęgnacja jest przeważnie zaplanowana na 2 miesiące do przodu. Staram się uwzględniać w niej aktualne potrzeby moich kosmyków, porę roku oraz datę ważności i czas, jaki upłynął od pierwszego otwarcia. Dbam, by włosom dostarczane były wszystkie wartości, zachowując PEH-ową równowagę.


Kiedy już oddzielę „bieżące” kosmetyki, pozostałe segreguję ze względu na zastosowanie. Mam wyróżnione 7 grup: szampony (z uwzględnieniem delikatnych i tych z SLS), oleje, maski, odżywki, produkty do skóry głowy (peelingi, wcierki, odżywki stymulujące), serum na końce oraz tzw. „inne”, czyli mgiełki nawilżające, produkty termoochronne, półprodukty, intensywnie odżywiające i regenerujące ampułki.

Niestety, nie mam niekończącej się przestrzeni, którą poświęcić mogę na składowanie. Dlatego właśnie kosmetyczne zapasy na co dzień zgromadzone są na dnie sypialnianej szafy, w białych, opisanych boxach. Ze względów czysto wygodnickich jedynie aktualnie stosowane produkty mieszkają na środkowej półce szafki w łazience – też są poukładane, tym razem kryterium jest częstotliwość ich użytkowania.


Mimo że nie jestem posiadaczką kosmetycznej garderoby, mój składzik całkowicie mi wystarcza. Dzięki temu, że jest taki mały, mam go pod kontrolą, a nieład i chaos nie mają szans na przedarcie się do środka. Prawda jest też taka, że gdybym tylko zyskała więcej przestrzeni, pewnie i produktów do pielęgnacji włosów byłoby nieskończenie więcej. Bo mimo że bardzo, ale to naprawdę bardzo, staram się zostać minimalistką, akurat w tej dziedzinie życia daje się ponieść szaleństwu… ;)”.

A jak Wy przechowujecie swoje kosmetyki do włosów? Jak wiele ich macie? Według jakiego klucza je składujecie? Chętnie poznamy z dziewczynami Wasze metody!


Inne wpisy z tej serii:

niedziela, 14 sierpnia 2016

Z różnych punktów widzenia: moja największa włosowa wpadka!

Każdy z nas ma na koncie różne wpadki – niektóre wynikają z podejmowania złych decyzji, inne są wynikiem niefortunnego zrządzenia losu. Sama przeżyłam już sporo tych włosowych, jednak kiedy ktoś pyta mnie o największą, od razu myślę o pewnym pamiętnym farbowaniu.

Było to w święta Bożego Narodzenia wiele lat temu. Miałam wówczas około 16 lat. Pamiętam, że były to czasy, gdy eksperymentowałam z farbami w rudawych odcieniach – najczęściej miałam wtedy włosy miedziane, chociaż testowałam także inne tonacje. Tego dnia, jak to w święta, wybieraliśmy się wieczorem do rodziny, a ja postanowiłam odświeżyć swój kolor włosów uznając, że jest już zbyt wypłowiały. Z pomocą Mamy nałożyłam więc farbę na pasma i zaczęłam odliczać czas do jej zmycia. Gdy nadeszła pora płukania włosów, odkręciłam kran i ku mojemu zdziwieniu okazało się, że… nie ma wody. Nie wierzyłam własnym oczom! Zdenerwowana sprawdziłam jeszcze kran w kuchni. To samo. A farbę trzeba było zmyć natychmiast! Oczyma wyobraźni widziałam już, jak włosy przybierają kolor pożółkłej marchewki albo – co gorsza – wypadają pod wpływem za długo trzymanej farby. Nie wiedziałam przecież, kiedy woda znów zacznie lecieć i na jak długo ją wyłączono!

Wtedy rodzicom przypomniało się, że Tata trzyma w szafce kilka baniaków z czystą wodą dla naszych akwariowych rybek. To było wybawienie! Szybko polałam nimi włosy modląc się, by nie trzeba było ich ścinać. Na szczęście poza tym, że po wysuszeniu okazało się, że ich kolor był nieco zbyt mocny, nic strasznego się nie wydarzyło. Do dziś jednak – nawet podczas mycia głowy – podświadomie obawiam się, żeby powtórnie nie przydarzyła mi się podobna sytuacja :)

A jakie włosowe wpadki wspominają po latach inne dziewczyny? Zapytałam o to cztery sympatyczne blogerki – Joannę, Anię, Kasię i Magdę – które podzieliły się ze mną swoimi (strasznymi) historiami!

Joanna z bloga Currygreen


„Wpadek włosowych miałam niestety co niemiara. Jak przystało na prawdziwą włosomaniaczkę, ciągle trafiam na coraz to ciekawsze metody pielęgnacji i chętnie testuję je na swoich kręconych włosach. Zacznijmy jednak od tych bardziej typowych zabiegów, po pierwsze olejowania. 

Z tą wspaniałą, jakże popularną u nas metodą wiąże się niestety moja największa włosowa wpadka. Choć z biegiem czasu wyszkoliłam sobie nawyk nakładania nieco mniejszej ilości oleju, nadal jest to jednak spora dawka. Pewnego pięknego ranka, wiedząc, że mam przed sobą leniwy dzień w domu, postanowiłam naolejować sobie włosy i zmyć go dopiero późnym wieczorem jak zwykle. Hojnie potraktowałam każdy włos (a warto nadmienić, że nie olejuję włosów od ucha w dół, tylko w całości), także z głowy wisiały mi po prostu pozawijane, tłuste strąki... 

Jakiś czas później zadzwoniła do mnie przyjaciółka, namawiając na spotkanie. Mając tyle oleju na włosach, nie byłam oczywiście jakoś specjalnie chętna, ale zgodziłam się wiedząc, że pojadę tam samochodem i będziemy same. Zawinęłam tylko szybko włosy w pseudo-eleganckiego koka z tyłu głowy. I tu zbliżamy się do sedna, ponieważ na owym spotkaniu naszła nas nieodparta ochota na pyszną, pikantną zupę tajską, którą kiedyś razem zrobiłyśmy. Brakowało tylko składników, wsiadłyśmy więc do auta i pojechałyśmy do supermarketu. Dla mnie była sprawa jasna, ja siedzę w aucie, przyjaciółka leci po imbir i limonki. Ona jednak bardzo nalegała, abym i ja wyszła z auta. Doszłam do wniosku, że mam niewiele do stracenia, szybko kupimy co trzeba i będzie po sprawie. Choć miałam wiele szczęścia i nikogo znajomego wtedy nie spotkałam, tamta wizyta w supermarkecie nadal przyprawia mnie o zawstydzenie. Wiem, że brzmi to jak lekka przesada, nieraz czytałam przecież, że jakaś włosomaniaczka paraduje z olejem na głowie i nikt tego nie zauważa. Niestety ja na włosach miałam wylane chyba z pół butelki oleju i mimo, że były spięte w pseudo-elegancki kok, nadal wyglądałam bardzo niechlujnie, jak ktoś, kto po prostu nie widział prysznica przez dwa tygodnie albo i jeszcze dłużej. Przemykałam tylko szybko alejkami byle kogoś nie spotkać i zbierałam (lub tak mi się wtedy tylko zdawało) pogardliwe spojrzenia ludzi. Sprawa być może nieco na wyrost, ale jako włosomaniaczka lubię, gdy moje włosy wyglądają dobrze, a już na pewno nie chcę być odebrana jak ktoś niechlujny, a tak wyglądałam. Moje włosy sprawiały wrażenie niewiarygodnie tłustych, a nawet wprawne oko nie zawsze jest w stanie odróżnić to od oleju.

Choć nieudanych zabiegów, które kończyły się ponownym myciem, było wiele, w głowie siedzą mi szczególnie dwa warte uwagi. Raz, będąc w warunkach polowych na biwaku (jednak z dostępem do prowizorycznego prysznica), postanowiłam nałożyć maskę z żółtka, które zresztą nie oddzieliłam zbyt dokładnie od białka (nie byłam wówczas weganką). Niestety przy spłukiwaniu użyłam bardzo ciepłej wody, jajko się ścięło, a na mojej głowie błyskawicznie powstała jajecznica, której za żadne skarby nie mogłam wyplątać nawet z suchych włosów. Ten sam problem miałam, gdy użyłam banana jako maski, który był niewiarygodnie zachwalany w internecie, a ja zamiast porządnie go zblendować, rozciapałam jedynie widelcem. :)

Wniosek z tego taki, że jak już coś robić, to porządnie, dokładnie, a i z ilością nie ma co przesadzać ;)”.

Ania z bloga Pokochaj-mysi-blond

„Ciężko mi wybrać jedną największą włosową wpadkę, więc opiszę kilka.

  1. Przejaw wczesnego włosomaniactwa. Kiedy miałam 5 lat, moja siostra miała wtedy 3. Postanowiłam zabawić się w fryzjerkę i obciąć mojej siostrze włosy. Zrobiłam to w pokoju rodziców, kiedy spali. Nadal nie wiem, jak ona się na to zgodziła, no ale cóż. :D M. zawsze miała cienkie i rzadkie włosy, a ja wzięłam nożyczki i zaczęłam  "ostre cięcie", wycięłam jej dużo włosów za uchem. Mama musiała poprawić jej nową fryzurkę i M. skończyła z palemką na głowie. Parę lat później mojemu młodszemu o 5 lat bratu zrobiłam "irokeza" – nawaliłam mnóstwo gumy, żelu i lakieru. Powstała skorupa i nie można było tego rozczesać, musiał kilka razy umyć włosy :D
  2. O tym, jak straciłam mnóstwo włosów. Pierwsze wydarzenie miało miejsce kiedy byłam u babci na wakacjach i często podkradałam cioci szczotki, żeby się uczesać. Swoją drogą miałam wtedy już dość długie włosy i były lekko pofalowane. Pech tak chciał, że na pierwszy ogień poszła okrągła szczotka. Tak mi się wkręciła we włosy, że musiałam ich trochę uciąć. Druga historia miała miejsce w pierwszej klasie gimnazjum, kiedy znalazłam w internecie nowy sposób na obcięcie włosów – związanych w kitkę. Szkoda, że nie przeczytałam artykułu do końca... Obcięłam je związane z tyłu, efekt – krzywe cięcie, poprawki przez mamę, a wszystko skończyło się tym, że z włosów do pasa zrobiły się lekko za łopatki albo nawet krótsze.
  3. Jak zostałam czarownicą. Był to początek włosomaniactwa, w internecie znalazłam przepis na popularną maseczkę z żółtka. Szkoda, że nie wiedziałam jaki będzie efekt na suchych i wysokoporowatych włosach. Strach był z tym do ludzi wyjść :D”.
Ania i jej młodsza siostra niedługo po pamiętnym obcinaniu :)

Kasia z bloga Strzeż się pociągu

„Rudę kocię i Organic Curl System, czyli jak pozbawić włosów Malkontentkę

Gdy przypatruję się Malkontentce robiącej głupie miny do zwierciadła, przypomina mi się Nieugięty Luke i słowa Kapitana: Oglądacie skutek braku porozumienia… Toteż właśnie, skutek braku porozumienia między Malkontentką a mistrzem nożyc gości zwyczajowo na malkontenckiej głowie. I straszy. Straszy obywateli, którzy mają pecha spotkać wyżej wzmiankowaną głowę na zakrętach żywota. Dlatego też zapytanie Marty, czy Malkontentka dołączyłaby do jej akcji Z różnych punktów widzenia i opowiedziała o największej wpadce włosowej, wprawiło niebogę w głęboką zadumę… W ciągu długiego żywota zainkasowała bowiem tyle wpadek (i to nie tylko włosowych), że wybór największej… nooo grubo. Spośród samych perełek wyłuskać najdorodniejsze… Ale, ale - są takie dwie: sexi rudzielec i amerykańskie fale.

Sexi rudzielec to nawet nie wpadka – to potężna wpada – jeszcze z pacholęcego okresu studiów, akademików i głupich pomysłów, wśród których przerobienie bruneckiej Malkontentki w rudego kociaka okazało się najgorszym z bardzo złych… Efekt metamorfozy, wykonanej w łazience, przy fachowej pomocy dwóch przyjaciółek z Wydziału Filozoficznego był zaiste wstrząsający. Z sympatycznej młodej osoby, Malkontentka zamieniła się… w z lekka przeterminowaną i mocno zmęczoną życiem przedstawicielkę najstarszej profesji świata. Do bani. Oj, kłopotliwe było pozbycie się tej wyuzdanej rudości. Zaskutkowało totalną destrukcją włosów – wiadomo, jak to w łazience bywa. Jednak tego rodzaju smarkate przygody mieszczą się w kategorii dopuszczalnych błędów młodości. Ba – nawet błędów pożądanych! Pożądanych, rzecz jasna, mniej więcej do 25. roku życia. Potem należy się opanować… W innym bowiem wypadku można wylądować jak Malkontentka… Na pupie i z mocno wytrzeszczonymi oczami.

Katastrofa, którą uczyniła sobie na stare lata, woła o pomstę do zniewolonego umysłu. Cóż, nie zawsze mądrość przychodzi z wiekiem, czasem wiek przychodzi sam… Tak było i w tym przypadku…

Malkontentka jest posiadaczką włosów prostych, cienkich i raczej rzadkich. Są ciemne, solidnie lśniące i mocno przyklapnięte, co zapewne ma jakiś związek z ich porowatością, ale to już temat dla fachowców. Jako że nie jest fanatyczką włosów przyklejonych do czaszki, przez całe życie prowadzi nierówną walkę z naturą o uzyskanie objętości. A co jest najlepsze na wielkie volume? Ano loki! Ludzkości znane są przeróżne sposoby na wyprodukowanie loków, ale Malkontentka jest wybredna… Kręcenie, spanie w wałkach i siateczce… dla koneserów. Trwała ondulacja – też niekoniecznie, bo tu jeszcze i kostiumik by się przydał i mocno upierścienione paluszki. Ale Organic Curl System? To miał być strzał w serce, który uszczęśliwi Malkontentkę i uczyni ją piękna. Piękną, jak pani ze zdjęcia reklamującego produkt.

Nie uczynił…

Dla niewtajemniczonych, Organic Curl System znany też jako amerykańskie fale, czy holyłódzkie loki to niejako odwrotność keratynowego prostowania. W wyniku jego działania mamy uzyskać włosy naturalnie skręcone w fale, zdrowe i błyszczące. Jak się zapewne łatwo domyślić impreza do najtańszych nie należy, jest też procesem długotrwałym i ogólnie męczącym – cóż, chcesz być piękna – płać i płacz… Pani mistrz fryzjerstwa, legitymująca się pokaźną kolekcją dyplomów oraz stażem w ponoć prestiżowych salonach piękności w Londynie, zużyła cały sobotni poranek na zmianę włosów Malkontentki w… no właśnie w co? Po przeżyciu wszystkich etapów zabiegu i wysiadywaniu na oczach tłumów w różnych wałkach, ręcznikach itd. stara Malkontentka mogła wreszcie zobaczyć nową Malkontentkę… Tu mała dygresyjka– salon, w którym czyniono amerykańskie fale miał przeszkloną całą ścianę frontową. Dzięki temu prostemu trikowi, wszyscy przechodnie poruszający się po ruchliwej ulicy mieli okazję przypatrywać się głowom upiększonym wałkami, paniom usmarowanym farbami, albo maskami itd. Przygryzę teraz usta, bo mi się jad zaczyna prawym kącikiem ulewać… Doświadczenie jest zaiste odjechane. Dla wstydliwych, bądź niepewnych swojego uroku osobistego – absolutnie nie polecam.

Wracając to sedna. Nowa odsłona naszej bohaterki okazała się kompletną klapą. Włosy absolutnie nie przypominały fal, jakimi kusiła pani z reklamy. Malkontentka w wyniku czasochłonnych zabiegów, straciwszy górę forsy uzyskała efekt przesuszonej trwałej. Taka niby mokra włoszka z lat 80-tych… i to średnio udana, bo część włosów skręciła się mocno, część prawie wcale, końce wisiały proste i smutne. Źle. Ale miało być jeszcze gorzej… Włoszki nie wolno było umyć, ani uczesać przez bodajże dwa dni. Chcąc, nie chcąc nieboga musiała z taką głową pomaszerować w poniedziałek do pracy. A zaprawdę powiadam Wam, że po dwóch nockach kołtun na głowie wyglądał porażająco. I tak poniedziałkowy świt zastał Malkontentkę galopującą pod ścianami budynków i kryjącą się po krzakach w mocno nasuniętym na oczy kapturze. W pracy niestety nie było możliwości siedzenia w czapce więc cóż… o spojrzeniach podczas narady nie będziemy rozmyślać, o pełnym satysfakcji uśmiechu Grażynki też…

Tak czy owak amerykański sen okazał się koszmarem. Włosy z błyszczących stały się matowe, suche i łamliwe.  Z taką głową nie dało się normalnie funkcjonować i w celu ukrycia efektów zatrważającej metamorfozy Malkontentka zmuszona była do codziennego, porannego podkręcania włosów na wałkach. Przez ponad rok… Organic Curl System po roku miał zniknąć. Niestety okazał się zabójczo trwały i konieczne było rozwiązanie ostateczne, czyli nożyce.

Ta wpadka była wyjątkowo bolesna. Kosztowna również. Ilość produktów i zabiegów zastosowanych dla reanimacji włosów to morze kasy i czasu.

Jaki z tego morał? Dawajcie się porwać marzeniom, ale nie reklamie… Chociaż jest też opcja, że po prostu malkontencka, proletariacka głowa nie pasuje do holyłódzkich loków.

Bywajcie z uśmiechem”.

Magda z bloga Kociamberwpodrozy


„Nie miałam zbyt wielu włosowych wpadek, ale te kilka razy, kiedy moje włosy przypominały siano, zawsze związane było z ich rozjaśnianiem. Mój naturalny kolor to ciemny brąz, który od wielu lat farbuję, aby ukryć siwe pasemka, jednak farbowanie na ciemne, brązowe kolory zazwyczaj kończy się czernią na włosach, a ja nie lubię się w takim czarnym kolorze. Dlatego, od czasu do czasu, nachodzi mnie chęć na rozjaśnianie i marzą mi się włosy w kolorze jasnego brązu. 

Ostatnim razem postanowiłam być mądrzejsza i wybrałam się do dobrego, drogiego salonu. Powiedziałam fryzjerowi, że z praktycznie czarnego koloru wyjściowego chcę uzyskać jasny/średni brąz i że nie spieszy mi się – kondycja włosów jest dla mnie najważniejsza. Ustaliliśmy, że będziemy rozjaśniać włosy pasemkami i umówiliśmy się na dwie wizyty. Po pierwszym razie byłam całkiem zadowolona, moja głowa z czarnej zrobiła się brązowa, więc po miesięcznej przerwie poszłam na drugą wizytę. Fryzjer znów zrobił pasemka, na które położył farbę w chłodnym odcieniu ciemnego blondu. I tu nastąpiła katastrofa, bo ta farba wyjątkowo mocno złapała moje włosy i efekt końcowy to.... ciemny brąz! Czyli po dwóch razach z pasemkami skończyłam znowu z ciemnym kolorem na włosach! Ależ byłam zła! 


Odczekałam miesiąc i pomyślawszy "raz kozie śmierć" wzięłam sprawy w swoje ręce, a dokładniej rozjaśniacz cieszący się bardzo dobrą opinią na wielu blogach i forach, czyli L'Oreal Eclair. Koleżanka nałożyła mi go najpierw na długość włosów, potem ja sama nałożyłam na pozostałe włosy przy głowie. Efekt tej zabawy, to prawie wszystkie kolory tęczy na włosach: żółty, pomarańcz, bordo, zielony, brązowy oraz zniszczone końcówki i spuszona na maxa długość. Katastrofa! Nie wiedziałam co robić – czy ścinać się na krótko, czy farbować na jakiś ciemny kolor, żeby to wszystko zakryć. Ratowałam się najpierw szamponetkami w kolorach rudości, żeby wyrównać kolor i zneutralizować zielony odcień włosów. Nawet farbowanie u fryzjera nie polepszyło sprawy – i tak miałam dwukolorowe włosy: rudawe po połowy, szaro-bure na końcach (pod słońce widać było przebłyski zieleni). Cała historia zakończyła się regularnym podcinaniem brzydkich końców, aż do całkowitego ich ścięcia (trwało to kilka miesięcy). Nigdy więcej zabawy w samodzielne rozjaśnianie! Na załączonych zdjęciach możecie zobaczyć różne etapy rozjaśniania moich włosów :)




Teraz mieszkam w Korei i kusi mnie kolejna, potencjalnie niszcząca włosy operacja – bardzo popularna tu trwała Magic Perm albo Magic Curl Perm (C-perm). Ta pierwsza polega na prostowaniu włosów, w taki sposób, że zachowują one swoją objętość, ale są idealnie proste i błyszczące, a Curl Perm to delikatne fale na samych końcach włosów. Rodzajów trwałych dostępnych w koreańskich salonach jest znacznie więcej, kilka z nich możecie zobaczyć np. tutaj: http://hairloom.sg/what-is-korean-perm/ – podobno jest to najczęstszy włosowy zabieg wykonywany przez Koreanki. Oczywiście boję się, że moje dość delikatne włosy mogą po prostu zostać spalone podczas robienia trwałej, więc jak na razie nie wybieram się do salonu, ale efekt końcowy bardzo mi się podoba! 

Pozdrowienia z gorącego Seulu,


Magda”.

Bardzo dziękuję dziewczynom za ciekawe historie! A jakie wpadki Wam się kiedyś przytrafiły? 

Inne wpisy z serii „Z różnych punktów widzenia”:

niedziela, 10 kwietnia 2016

Z różnych punktów widzenia: jak radzić sobie z włosowymi kompleksami?


Większość z nas ma jakieś kompleksy: jedni uważają, że są zbyt niscy, inni że mają krzywy nos, są zbyt nieśmiali albo za mało przebojowi. Nieraz o swoich niedoskonałościach dowiadujemy się od osób trzecich albo w wyniku porównania siebie samego do innych. Niektóre kompleksy bywają motywacją, by coś w sobie zmienić, inne zaś ciągną nas w dół i sprawiają, że tracimy pewność siebie i energię do działania.

To, co dla nas jest jednak niedoskonałością, przez innych może być niezauważalne, ponieważ większość kompleksów siedzi tylko i wyłącznie w naszej głowie. Mam kilka naprawdę bardzo atrakcyjnych koleżanek, które są niesamowicie zakompleksione – potrafią użalać się nad drobnymi niuansami swojej urody, które często, w moim odczuciu, dodają im tylko uroku.

Otoczone zewsząd reklamami, w których występują piękne i wyretuszowane przez grafików komputerowych kobiety, nawet mimowolnie porównujemy się do nich, wyrabiając w sobie poczucie niższości i zazwyczaj zupełnie nieuzasadnione niczym kompleksy. Często pierwszym, na co zwracamy uwagę u takich modelek, są właśnie włosy – długie, gęste, lśniące i mocne. Nasze własne wypadają przy nich blado, nijako i nieciekawie i tylko niewielka część z nas wie o tym, że zachwycające fryzury kobiet w reklamach to często efekt działania Photoshopa albo misternie doczepianych sztucznych pasemek. Dla nas, kobiet, włosy bardzo mocno wpływają na samopoczucie, ich wygląd świadczy o atrakcyjności. Kilka dni temu upewniłam się w tym przekonaniu, słysząc historię lekarki opowiadającej o jednej ze swoich pacjentek, która chorowała na raka – udało jej się pokonać nowotwór, ale w całej walce o swoje zdrowie przyznała, że najtrudniejsza okazała się dla niej… utrata włosów.

Posiadanie przez kobiety zdrowych włosów, najlepiej lśniących i gęstych, jest głęboko zakorzeniona w naszej psychice i kulturze. Piękne włosy to nie tylko atrybut kobiecości, ale też wskazówka, chociaż często nieuświadomiona, że ich posiadaczka cieszy się dobrym zdrowiem (a w bardziej pierwotnym wymiarze: jest płodna). Tak to kultura miesza się z naturą.

O włosowe kompleksy zapytałam więc kilka poczytnych blogerek i w dzisiejszym wpisie chciałabym przedstawić Wam ich opinie oraz zachęcić Was do dyskusji na ten temat. Zanim jednak oddam im głos, zacznę od siebie.

Moje włosowe kompleksy

Od czasu, kiedy zaczęłam dbać o włosy, udało mi się pokonać kilka problemów, które przez wiele lat mnie prześladowały – moje włosy z rozdwajających się, suchych i zniszczonych stały się zdrowe, gładkie i lśniące. Kiedyś elektryzowały się i plątały, a przede wszystkim łatwo urywały, sprawiając, że cała fryzura składała się z odstających na wszystkie strony włosków. Teraz jedyne, które odstają, to baby hair, z których bardzo się cieszę.

Zawsze jednak podkreślam, że wciąż daleko im do ideału i pewnie nigdy go nie osiągną. Ideał zresztą to kwestia gustu i każdy dąży do swojego „idealnego punktu”. Dla mnie w tej chwili jest nim zagęszczenie włosów, które – mimo że są zupełnie przeciętne pod tym względem – wciąż wydają mi się niedostatecznie gęste. Aby to zmienić, testuję różne wcierki, dzięki którym obserwuję wyrastanie baby hair. Nie wykluczam powrotu do picia drożdży, ponieważ taka 3-miesięczna kuracja bardzo dobrze na mnie wpływała. Mam również problem z delikatną skórą głowy, przez co często walczę z jej swędzeniem i tworzeniem się mikrourazów, a także z okresowym wypadaniem włosów, które obserwuję szczególnie po fazach dużego stresu. Moje obecne włosowe kompleksy to jednak kropla w morzu tego, co spędzało mi sen z powiek jeszcze 2 lata temu, zanim zaczęłam o nie dbać. Myślę, że moja historia to dowód na to, że warto się starać, ponieważ starania przynoszą oczekiwane efekty.

A jak radzić sobie z włosowymi kompleksami? Przede wszystkim nie porównywać się do innych, tylko zastanowić się, co możemy w sobie zmienić, a na co nie mamy wpływu. Kompleksy, na które możemy coś poradzić, wymagają opracowania planu działania i konsekwentnego jego realizowania (o tym, jak wytrwać w takich postanowieniach, pisałam już w tym wpisie). Aby wygrać z wrogiem, należy go poznać – im większa nasza wiedza w temacie, który wiąże się z naszym kompleksem, tym większa szansa na to, że go pokonamy. Wiara w sukces, jasno wytyczony cel, wiedza i determinacja to więc te elementy, które – według mnie – są najbardziej potrzebne, aby pokonać takie (nawet pozornie błahe) problemy!

A jakie są włosowe problemy innych dziewczyn? Oddaję głos czterem blogerkom, które zgodziły się podzielić swoimi kompleksami i radami, jak je pokonać!


Karolina z bloga Karolajnby 


„Myślę, że nigdy nie doprowadzę swoich włosów do takiego stanu, kiedy będę z nich w pełni zadowolona i będę mogła powiedzieć: tak, to jest to, są idealne. Kocham swoje włosy, ale i tak jak każda z nas mam włosowe kompleksy. 

Jakie mam kompleksy i jak sobie z nimi radzę?

Kompleks nr 1: Moje włosy są cienkie, szczególnie można to dostrzec w przednich partiach przy twarzy. Z pomocą przychodzi mi regularne podcinanie i pozbywanie się smętnie wiszących, cienkich końcówek. Oczywiście u zaufanego fryzjera.

Kompleks nr 2: Zakola, szczególnie widać to, gdy mam włosy związane w kucyk, ale wcierki i suplementy naprawdę mogą zdziałać cuda i spowodować wysyp baby hairów, które kocham nawet za to, że każdy wywija się w inną stronę.

Kompleks nr 3: Nie wiem, czy problemowy skalp zalicza się do kompleksów włosowych, ale załóżmy, że tak. Mam bardzo delikatną skórę głowy i często robią mi się strupki. W walce z tym pomaga mi odpowiednia pielęgnacja, szczególnie dobór odpowiedniego szamponu z delikatnym składem, nawilżanie skalpu, olejowanie i robienie peelingów co jakiś czas (to akurat średnio mi się udaje).

Uważam, że najlepszym sposobem na radzenie sobie z włosowymi kompleksami są: odpowiednia pielęgnacja, znalezienie zaufanego fryzjera, suplementacja oraz pokochanie ich takimi, jakie są. Warto znaleźć w nich takie cechy, które się nam podobają, np. kolor. Ja w swoich włosach chyba właśnie to najbardziej lubię :). Czasami pomocna jest również zmiana fryzury, w moim przypadku pomogła mi ona pozbyć się największego kompleksu. Kiedy miałam długie włosy, nie podobałam się w nich sama sobie, po ścięciu się to zmieniło i jestem zadowolona ze zmiany :)”.

Daria z bloga Dzika Wózkowa


„Zewsząd otaczają nas piękne włosy, prawdziwe, sztuczne czy stworzone w programie graficznym. Żadna reklama kosmetyków do włosów nie przedstawia włosów, które są po prostu przeciętne, każde z nich są długie, lśniące i bardzo gęste – kto by takich nie chciał? Nic dziwnego, że wiele z nas popada we włosowe kompleksy. 

Piękne włosy to moje marzenie, niestety jeszcze przez najbliższy czas nie będzie możliwe do realizacji, może nawet nigdy nie uda mi się zapuścić faktycznie długich i ładnych włosów. Cóż więc z tym zrobić? Wiedza dotycząca pielęgnacji włosów aktualnie jest znacznie bogatsza niż wcześniej, mam już swoje kosmetyki i sposoby, więc wcieram, łykam, smaruję i modlę się, żeby w końcu zaczęły rosnąć. Nie zawaham się przed niczym, przetestowałam już masę gotowych wcierek, kilka domowych i ziołowych sposobów, sięgnęłam nawet po te najbardziej kontrowersyjne, jak maść końska i lek na grzybicę. Niesamowicie irytuje mnie to, że mimo ogromu pielęgnacji, starań i pieniędzy moje włosy nadal nie wyglądają w połowie tak dobrze, jak bym chciała. Z natury są cieniutkie jak pajęczynka, więc postanowiłam skupić się na tylko jednym celu – długości, więc cała moja pielęgnacja jest podporządkowana ochronie końcówek i przyśpieszaniu porostu. Do tej pory tkwiłam w pętli zapuszczania i podcinania, tyle ile urosło tyle ścinałam, żeby moje końcówki były zdrowe, ale zależy mi na tym, aby do wakacji były jak najdłuższe. To, jak bardzo cienkie są moje włosy, wpływa również na ich wyjątkowo dużą podatność na zniszczenia, wystarczy niewielki błąd lub zaniedbanie w codziennej pielęgnacji i od razu widać przerzedzanie się i puszenie niesfornych końcówek.

Jedyne, na co nie mogę narzekać, to gęstość, która niestety przez ich mizerną grubość jest zupełnie niewidoczna. 

Jak sobie radzę z moimi włosami? Przez te lata pielęgnacji dowiedziałam się, co im służy (proteiny... w prawie każdej ilości) i takiej rutyny się trzymam. Zmieniają się kosmetyki, ale przewijają się raczej te oparte na silikonach i proteinach, po nich właśnie osiągam najlepszy efekt, jakiekolwiek próby nawilżenia wyciągają z moich włosów to, co najgorsze.

Czy niedoskonałość moich włosów spędza mi sen z powiek? Nie warto jest zapędzać się w kompleksy, wolę spokojne pogodzenie się z faktem, że moje włosy z natury są delikatne i nigdy nie będą tak spektakularne, jak włosy z reklamy, nie dorównam innym włosowym blogerkom. Każde włosy są inne, piękna tafla nie jest dana każdej z nas, to, jaką strukturę, tempo wzrostu i gęstość będą miały nasze włosy, zależy w największym stopniu od czynnika, na który zupełnie nie mamy wpływu, czyli genetyki. Po co zadręczać się czymś, czego nie możemy zmienić?”.

Marta z bloga Lawendowe Pióra


Moje włosy są oklapnięte:

Oklapnięte włosy to zmora większości osób z nadmiernie przetłuszczającą się skórą głowy, ale nie tylko. Co z tego, że nasze włosy są zdrowe i zadbane, skoro brak im objętości?

Możemy stosować suche szampony, suszyć włosy głową w dół, ale to niestety w szybkim tempie może przyczynić się do wysuszenia i zniszczenia włosów. Moim hitem na odbicie włosów od nasady jest naturalną glinką. Po odsączeniu włosów lub gdy są jeszcze lekko wilgotne, delikatnie wcieram glinkę zieloną lub ghassoul w miejscach, w których najszybciej tracą objętość. Glinka unosi włosy, absorbuje nadmiar sebum i w przeciwieństwie do poprzednich metod nie wysusza ich przesadnie.

Moje włosy się falują, a ja chcę mieć proste!:

Proszę ;), dostrzegajmy swoje atuty i uczmy się je wykorzystywać. Wiele dziewczyn marzy, by ich włosy lekko się wywijały bez spania w papilotach, skarpetach, chusteczkach... Z takiego typu włosów możemy uzyskać efektowny kucyk lub bujniejszy koczek, zawsze wydają się gęstsze, a rozpuszczone wywijasy nadają buzi sympatycznego wyglądu :) Od czasu do czasu w ramach różnorodności można oczywiście użyć prostownicy, ale najważniejsze, by kochać je takimi, jakie są.

Dla przykładu mogę podać moje dwie koleżanki, które miały fioła na punkcie prostowania. Obydwie są posiadaczkami dość gęstych włosów i odkąd zaczęły częściej się pojawiać w naturalnych falach, wyglądają o wiele lepiej i tak też się czują”.

Marta z bloga Martusiowy Kuferek 


„Zdecydowana większość ludzi boryka się kompleksami. Dotyczą one nie tylko wyglądu zewnętrznego, ale również kwestii osobowościowych. Bardzo często spotykam się z brakiem akceptacji dotyczącym wyglądu włosów, w szczególności tych cienkich i rzadkich. Sama mam cienkie, delikatne i wrażliwe z natury włosy, które kilka lat temu były nieakceptowaną częścią mojego wyglądu. Było mi przykro, że nie są grube, gęste, bujne, że się nie kręcą i są zniszczone. Nie dodawały uroku – wręcz przeciwnie. Czułam się nieatrakcyjnie ze zniszczonymi, suchymi, strączkującymi się włosami, które dodatkowo były cienkie i niezbyt gęste. Patrząc na koleżanki, które miały się czym pochwalić, robiło mi się przykro.

Moje rozgoryczenie osiągnęło najwyższy stan i, na moje szczęście, postanowiłam dowiedzieć się, jaka jest przyczyna niekorzystnego wyglądu włosów. Dowiedziałam się między innymi, że mają pewne uwarunkowania genetyczne, których nigdy nie będę mogła przeskoczyć, jak np. grubość pojedynczego włosa czy ilość włosów na głowie. Okazało się również, że na niektóre aspekty mam realny wpływ i jest możliwa zmiana kondycji włosów. Po 3 latach świadomego dbania o włosy udało mi się doprowadzić je do bardzo dobrej kondycji, zwiększyć obwód kucyka o 1,5 cm, a wiem, że może być jeszcze lepiej.

Kluczem do pokonania kompleksów, zarówno tych włosowych, jak i każdych innych, są według mnie dwie rzeczy:

1. Świadomość.

Zarówno tego, co nie jest od nas zależne jak i rzeczy, które możemy zmienić. Obecnie wyznaję zasadę, że jeżeli mogę coś zmienić w swoim wyglądzie czy kwestiach osobowościowych, to po prostu to zmieniam. Mogę sprawić, że włosy będą zdrowe, ładnie podcięte i błyszczące. Nie mogę natomiast podwoić obwodu kucyka. Taka świadomość ograniczeń i rzeczy, na które mam wpływ, niesamowicie wycisza i pozwala zrozumieć fakty bez angażowania emocji.

2. Porównywanie się z sobą

Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie miał włosy grubsze, bardziej gęste, ładniejszy kolor, lepszy skręt, większy blask itd. Dążymy do ideału włosowego, a przecież ideał nie istnieje, ponieważ „idealny” to pojęcie subiektywne i dla każdego oznacza coś innego. Porównujemy siebie do innych, zamiast obserwować zmiany jakie zachodzą w nas samych na przestrzeni lat. Nie jesteśmy w stanie pewnych rzeczy przeskoczyć. Moja 7 cm kitka (z której jestem bardzo dumna swoją drogą), nie będzie nigdy taka jak włosy Kosmetycznej Hedonistki (pozdrawiam :-)). No nie ma bata :-) Dlatego warto porównywać siebie do siebie – to jedyny, realny punkt odniesienia.

Dzisiaj moje cienkie włosy są zdecydowanie atutem i dumą. Nie zamieniłabym ich na żadne inne, ponieważ dzięki nim: założyłam bloga, zdobyłam wiedzę, która pozwoliła mi się rozwinąć na wielu płaszczyznach, poznałam ludzi, którzy mnie inspirują, doświadczyłam rzeczy, które nigdy by się nie wydarzyły, gdyby nie cienkie włosy. Zmieniłam swoje myślenie na temat włosów i innych części ciała. Chcę zarażać dobrą zmianą inne kobiety. Uważam, że wszystko co spotyka nas w życiu, jest po coś. Możemy albo się dołować i wpędzać w jeszcze większe kompleksy, albo potraktować naszą „wadę” jako lekcję od życia i w mądry sposób ją przepracować. Tutaj na pewno pomoże coaching i rozwój osobisty, który pomaga naprowadzić myślenie na właściwe tory :-) Dlatego jeśli masz kompleksy na punkcie swoich włosów lub czegokolwiek innego, zastanów się, co możesz zrobić, by poczuć się lepiej i jaką lekcję podsuwa Ci życie. Być może twój kompleks będzie początkiem całkiem nowej, inspirującej drogi. Tego Ci życzę :-*”.


Dziewczynom bardzo dziękuję za zaangażowanie i ciekawe wypowiedzi, a Was zachęcam do dyskusji: co jest Waszym włosowym kompleksem i jak sobie z nim radzicie? A może już udało Wam się niektóre z nich pokonać? I czy – Waszym zdaniem – można w ogóle mieć kompleks na punkcie włosów, czy może to zwykła przesada?


Polecam inne wpisy z tej serii:

Popularne w tym miesiącu: