Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fryzjer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fryzjer. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 maja 2018

Strzyżenie włosów – po czym poznamy dobrego fryzjera? | 5 umiejętności, którymi powinien cechować się fachowiec


Chyba każda z nas ma jakieś nieprzyjemne doświadczenia związane z wizytą u fryzjera – ile to razy czytałam w komentarzach czy wiadomościach prywatnych opinie rozżalonych dziewczyn, które wróciły do domu z za krótkimi, źle obciętymi lub nieodpowiednio ufarbowanymi włosami… (przy okazji przypominam, że w wyjątkowych przypadkach można reklamować usługę fryzjerską). Czasem takie sytuacje są winą klientek, które nie potrafią jasno i precyzyjnie określić swoich oczekiwań, innym zaś – samych fryzjerów. I właśnie na tym ostatnim aspekcie chciałabym się skupić w tym wpisie.

Zadajmy więc sobie pytanie: po czym poznać, że fryzjer jest fachowcem i nie wybiegniemy od niego z płaczem? Niestety, nie wiadomo tego od momentu przekroczenia progu salonu – na ogół to, jaki jest dany fryzjer, okazuje się już podczas wizyty. Nie ma też co liczyć na to, że bardzo drogi fryzjer, przez wielu określany „najlepszym w mieście”, faktycznie okaże się taki idealny – przekonałam się o tym osobiście i widzę to po wielu opiniach moich czytelniczek.

Warto jednak znać kilka zasad, po których rozpoznamy dobrego fachowca – jeśli się do nich stosuje, możemy być spokojniejsze o to, co mamy na głowie. Oto 5 według mnie najważniejszych.

1. Przejmuje inicjatywę, ale uwzględnia preferencje klientki

Co przez to rozumiem? Przede wszystkim najpierw pyta o to, jakie są nasze dokładne oczekiwania, jak się do tej pory strzygłyśmy i co nam ewentualnie nie odpowiada. Potem wyraża swoje zdanie i – jeśli to konieczne – proponuje coś od siebie. W skrócie: zamiast zapytać „jak obcinamy?”, pyta – „Jak była pani ostatnio strzyżona” i potrafi doradzić.
Dzięki temu mamy pewność, że:
  • zna się na swojej pracy,
  • nie traktuje wszystkich klientek jak klonów, do każdego podchodzi indywidualnie,
  • nie idzie na łatwiznę, byle tylko jak najszybciej skończyć, zależy mu na tym, by klientka była zadowolona i wyglądała jak najlepiej.

Jeśli fryzjer pyta was tylko „to jaką by pani chciała fryzurę?” i po usłyszeniu odpowiedzi bez zastrzeżeń sięga po nożyczki, to albo trafiłyście w dziesiątkę i ta fryzura faktycznie jest świetnym pomysłem, albo… lepiej wiać.

2. Ustala kształt fryzury przed myciem głowy klientki

Jeśli byłyście kiedyś u fryzjera, który najpierw umył wam głowę, a dopiero potem pytał o to, jak chcecie być obcięte, to na pewno wiecie, co mam na myśli. Kiedy włosy są mokre, fryzjer nie jest w stanie ocenić, jak się układają, dokąd powinny być skrócone i w jakiej fryzurze wam do twarzy. Takie szczegóły ustala się na samym początku.

3. Przekonuje do konkretnego cięcia lub koloryzacji realistycznymi argumentami

Tutaj zasada jest prosta: zamiast mówić ogólnikami typu „obetnę troszeczkę”, wyraża się jasno – „proponuję obciąć pani włosy do ramion, dzięki czemu fryzura zyska na lekkości”. Chodzi o konkrety: „troszeczkę” dla każdego znaczy coś innego. Fryzjer może mieć przez to na myśli ścięcie znacznie większej ilości włosów niż klientka sobie życzy i… chyba właśnie przez to są nieporozumienia.

Jeśli fryzjer nie jest konkretny, dopytajmy o szczegóły zanim chwyci za nożyczki. Jeśli doradza znaczącą zmianę fryzury, porozmawiajmy o argumentach: dlaczego uważa, że to dobry pomysł? Czy może to jakoś uzasadnić? Czy tylko „tak mu się wydaje, że to będzie nam pasować”? Bazowanie na rzeczowych argumentach powinno być podstawą i dla nas, klientek, i dla fryzjera.

4. Umie dobrać fryzurę do kształtu twarzy klientki

Wiem, że są klientki, które sugerują się fryzurami gwiazd lub tymi, które są akurat modne, i proszą o takie właśnie cięcie. Niestety, to co pasuje Jessicy Albie czy Jennifer Aniston niekoniecznie musi wyglądać równie pięknie na nas… i odwrotnie! Fryzura powinna pasować do naszego kształtu twarzy i trybu życia, a także do rodzaju naszych włosów. A fryzjer powinien umieć doradzić klientce inne cięcie jeśli wie, że to, które chce, okaże się dla niej katastrofą. Bo powinien to wiedzieć.

5. Napręża włosy przy obcinaniu i obcina je pod kątem prostym

To taki techniczny niuans, ale oddziela dobrych fryzjerów od złych. Serio, inaczej cięcie jest po prostu krzywe. Podobnie krzywe będzie, jeśli fryzjer nie stoi na wprost obcinanego pasma.

Czy wasi fryzjerzy spełniają te zasady? Zwracałyście na nie wcześniej uwagę?

PS. Mój blog znalazł się w rankingu najlepszych blogów poświęconych pielęgnacji włosów, będzie mi bardzo miło, jeśli na mnie w nim zagłosujecie! Głosowanie odbywa się tutaj i potrwa do 17 maja, można oddawać jeden głos dziennie :)

Polecam też:

niedziela, 29 kwietnia 2018

Aktualizacja włosów – zima 2018 | Fotorelacja z ostatnich miesięcy


Tę zimę zapamiętam jako wyjątkowo krótką i ciepłą, czyli prawie idealną! Muszę przyznać, że to dla mnie najgorsza pora roku i zawsze z utęsknieniem czekam na wiosnę. Tej w 2018 nie ma wcale, bo w zasadzie od razu „przeskoczyliśmy” do lata – tym lepiej! Pogoda jest przepiękna i trudno sobie obecnie wyobrazić, że jeszcze miesiąc temu chodziliśmy w zimowych kurtkach.

Jeśli chodzi o włosy, to na początku tego roku zdążyły mi już nieco odrosnąć po drastycznym i pamiętnym obcięciu, które opisałam w rocznym podsumowaniu. Gdy sięgnęły kilka centymetrów za ramiona, zyskały dociążenie i zaczęły się wreszcie lepiej układać. Na szczęście, bo od połowy września do grudnia strasznie się z nimi męczyłam: okazało się, że gdy są zbyt krótkie, stają się jeszcze lżejsze. W sumie jest to logiczne, ale nie wzięłam wcześniej pod uwagę, że będą AŻ TAK lekkie. Na co dzień wiązałam je więc lub upinałam, bo doprowadzały mnie do szału.  

Pod koniec marca odwiedziłam moją fryzjerkę Martę, która zafarbowała i stonowała mi włosy. Jeśli czytacie mojego bloga regularnie, wiecie, że moje włosy mają taki pigment, który sprawia, że bardzo szybko zyskują ciepły odcień… którego nie cierpię. Kiedy więc farbuję je na chłodny blond, dość szybko robią się coraz bardziej żółte. Oczywiście walczę z tym jak tylko mogę, stosując „fioletowe” kosmetyki (na przykład moją ukochaną maskę Davines), jednak na dłuższą metę odcień i tak się ociepla. Aby więc go zmienić i pokryć odrosty, udaję się do mojej fryzjerki.



Muszę wam tutaj wspomnieć, że Marta farbuje moje włosy zupełnie inaczej niż robili to do tej pory inni fryzjerzy, do których chodziłam: przede wszystkim nie nakłada farby na całe włosy, tylko zabarwia je na zasadzie refleksów. Tym sposobem mój naturalny kolor włosów jest wpleciony w jaśniejszy, farbowany, a dzięki temu mogę spokojnie nie farbować włosów 5-6 miesięcy i odrosty nie są widoczne. Polecam wam ten sposób, bo dużo mniej niszczy włosy, a do tego wygląda lepiej i nie wymaga tak częstego odwiedzania fryzjera!

Jeśli chodzi o nowości kosmetyczne, które ostatnio stosuję, to na pewno warto wspomnieć o peelingu Biovax Botanic, którego używam już od kilku tygodni i już mam prawie przygotowaną jego pełną recenzję. Póki co produkt ten świetne wypełnia u mnie lukę spowodowaną wykończeniem peelingu trychologicznego marki Alcantara.



Generalnie – znowu, jeśli czytacie mnie regularnie, to wiecie – bardzo doceniam wszelkie kosmetyki do skóry głowy: szampon to trochę za mało żeby o nią zadbać, konieczna jest jakaś wcierka, a dobry peeling to już pełnia szczęścia. Tym bardziej, jeśli ktoś – tak jak ja – ma skórę głowy skłonną do podrażnień, która często swędzi.

Zimą dokładnie przetestowałam także osławiony zestaw Hair Jazz, który (według producenta) trzykrotnie przyspiesza porost włosów. Od początku byłam nastawiona do niego sceptycznie i nie pomyliłam się. O moich obserwacjach i efektach możecie poczytać w recenzji kosmetyków Hair Jazz

Kosmetyki, które (poza peelingiem) stosowałam tej zimy, możecie zobaczyć poniżej.

Na koniec chciałabym jeszcze tylko dodać, że w drugiej połowie kwietnia blog zyskał 3 mln wyświetleń. Bardzo wam dziękuję za zaglądanie do mnie – ta liczba naprawdę robi wrażenie i bardzo mnie cieszy!

Jakich kosmetyków używałam zimą?

Styczeń i luty upłynęły mi pod znakiem testowania kosmetyków Hair Jazz – dopiero na początku marca zaczęłam sięgać po inne produkty. Dokończyłam więc szampon Regenerum, a z odżywek – Sea Mineral Moisture Organix i ochładzającą kolor włosów Davines.

Do olejowania stosowałam w zasadzie wyłącznie Nanoil i maleńki różany Alteya Organic, a jako maskę – arganową GlySkinCare. Poza tym dokończyłam lotion oczyszczający skórę głowy MonRin, a także suchy szampon Klorane i olejek do końcówek Cameleo.


Zimowe migawki z Instagrama


A jak wam minęła zima? :)

Zapraszam na: Facebook | Instagram

Zobacz też:

wtorek, 6 lutego 2018

Zanim obetniesz włosy, czyli 5 kwestii, które warto wcześniej przemyśleć


Kiedy we wrześniu obcięłam włosy o połowę (z długości sięgającej do połowy pleców skróciły się ledwo do ramion!), zauważyłam, że taka długość nie jest dla nich odpowiednia.  Okazało się, że ich struktura sprawiła, że kiepsko się układały, gdy były zbyt krótkie (co opisałam tutaj). Nie wzięłam tego wtedy zupełnie pod uwagę i nie wiedziałam, że może się tak stać. W efekcie przez prawie 4 miesiące wyczekiwałam, aż osiągną odpowiednią długość i wytrwale je zapuszczałam. Od stycznia jest już znacznie lepiej – włosy sięgają za ramiona, dzięki czemu zyskały punkt podparcia i prezentują się całkiem dobrze.

Ten szczegół sprawił, że postanowiłam przygotować dla was kilka wskazówek, na co zwrócić uwagę, zanim zdecydujecie się obciąć włosy. Zaznaczam – nie chodzi o nieznaczne podcięcie, tylko o obcięcie włosów przynajmniej kilkanaście centymetrów. Nie odradzam też obcinania, sama uwielbiam ten stan, kiedy włosy są skrócone, mają wyraźnie zaostrzone końcówki i dzięki temu lepiej wyglądają. Ale… zanim sięgniemy po nożyczki, warto zastanowić się nad pięcioma sprawami. Oto one.

1. Czy taka długość będzie wygodna?

Chodzi przede wszystkim o dopasowanie fryzury do naszego trybu życia: przy wielu zawodach wymagane jest wiązanie włosów (gastronomia), są i takie, przy których rozpuszczone, także krótkie, na przykład sięgające do brody, są po prostu niewygodne i przeszkadzają. Wiem też, że takie – nazwijmy je – półdługie fryzury nie są zbyt dobrym pomysłem dla młodych matek, które często się schylają i są cały dzień w ruchu. Włosy lecące na twarz, a jednocześnie zbyt krótkie, by można je było łatwo związać, to w takich przypadkach udręka. Dopasujmy więc długość włosów do trybu życia.

2. Czy struktura włosów nadaje się do tej fryzury?

To moim zdaniem kwestia najbardziej istotna. Chodzi nie tylko o budowę naszych włosów, ale też o ich gęstość. Od tego będzie zależało to, jak włosy będą się układać, czy nie będą zbyt przyklapnięte, czy nie będzie widać prześwitów (przy tych bardzo rzadkich) i tak dalej. W tym zakresie powinien nam doradzić zaufany fryzjer – taki, który nie idzie na łatwiznę i nie wykonuje wszystkim tego samego cięcia, bo to według niego modne albo – zwyczajnie dla niego – wygodne…

Poza tym istotne jest też to, czy nasze włosy nie przetłuszczają się zbyt szybko. Wiem, że są takie dziewczyny (szczególnie bardzo młode), które już kilka godzin po umyciu głowy skarżą się na „przyklap”. Przy dłuższych włosach to nie aż taki wielki problem, można je związać, ale przy zbyt krótkich może się to okazać kłopotliwe…

3. Czy taka długość będzie ci pasować?

To, co komu pasuje, to oczywiście kwestia gustu. Wyobraźmy sobie jednak, że – pod wpływem impulsu – decydujemy się obciąć włosy na krótko i okazuje się, że w takiej fryzurze wyglądamy naprawdę źle… Przed nami wtedy wiele miesięcy zapuszczania. Podobnie jest z farbowaniem włosów, szczególnie na ciemne kolory (chociaż szybciej zmienimy kolor niż doczekamy się na powrót długich włosów).

Na to, czy dane cięcie nam pasuje, może mieć wpływ wiele czynników: kształt twarzy, struktura włosów, to, jak się układają, a nawet kolor cery czy rodzaj sylwetki. Nie polecam więc decydowanie się na drastyczne cięcie nagle, na przykład pod wpływem zachęt fryzjera. Szczególnie, że w salonach fryzjerskich jest specyficzne sztuczne światło, przy którym – na ogół – wyglądamy nieco inaczej niż przy dziennym.   

4. Czy włosy po obcięciu będzie można związać?

Pamiętam, jak w czasach szkolnych obcięłam włosy do ucha. Wyglądały dobrze, byłam zadowolona, ale minusem tak krótkiej fryzury okazało się to, że włosów praktycznie nie dało się związać. To było dość męczące latem czy na zajęciach z WF-u. Warto więc przemyśleć sobie tę kwestię, szczególnie, jeśli na co dzień cenimy sobie wygodę i wiążemy włosy.  

5. Czego będą wymagały włosy po obcięciu?

Kolejny przykład z mojego życia, także z czasów szkolnych: poszłam wtedy do fryzjera, który namówił mnie na obcięcie włosów do ramion. Niestety, mocno mi je wtedy wycieniował. Gdy wyszłam z salonu, byłam nawet zadowolona – włosy były wymodelowane i ładnie ułożone. Problemy zaczęły się w domu, gdy je umyłam, bo oczywiście nie umiałam podobnie ich podkręcić, a w dodatku nie wyobrażałam sobie robić tego codziennie przed lekcjami. A bez tego włosy się oczywiście wywijały. Może nie było tragicznie, ale to jeden z tych przypadków (dwóch albo trzech w moim życiu), kiedy obiecałam sobie: nigdy więcej cieniowania.

Dlatego ważną sprawą jest takie cięcie, które – jeśli nie chcemy co rano przez pół godziny modelować włosów – wymaga jak najmniej układania i pracy. Zwłaszcza jeśli, tak jak ja, nie macie ku temu szczególnych zdolności.

A co wy bierzecie pod uwagę przy obcinaniu włosów? Co jest dla was najważniejsze?

Polecam:

wtorek, 10 października 2017

Co mnie najbardziej irytuje w salonach fryzjerskich?


Po tym, jak wiele osób przeczytało mój wpis pt. „Czego najbardziej nie lubię u fryzjerów?”, postanowiłam wrócić do tego zagadnienia i przygotować tekst na podobny temat. Podobny, ale nie taki sam, salon fryzjerski to bowiem zupełnie coś innego niż fryzjer: na jego dobre funkcjonowanie składa się kilka czynników, które nie zawsze są bezpośrednio związane z celem, który chcemy osiągnąć, gdy go odwiedzamy. Innymi słowy, to nie salon nas czesze, ale to nie znaczy, że jego organizacja (jako miejsca) jest bez znaczenia. Od salonu oczekujemy też zupełnie czegoś innego niż od fryzjera – człowieka – i co innego może nas w nim denerwować. System działania, higiena, sposób umawiania wizyt, traktowanie klientów… jest naprawdę wiele elementów, w ramach których salon fryzjerski może zaliczyć poważną wpadkę. Oto, co mnie drażni w niektórych z nich.

Głośna muzyka w salonie fryzjerskim

Na szczęście takie salony są już rzadkością – a przynajmniej ja od pewnego czasu już na nie w Warszawie nie trafiam. Kiedyś jednak były plagą. To właśnie dlatego trudno mi było zrozumieć, jak można traktować pójście do fryzjera jako relaks: rozumiem, że to moment, kiedy robimy coś dla siebie, ale czy to jest przyjemne? Ja nie mogłam się nigdy odprężyć, gdy – poza szumem suszarek, co w salonie fryzjerskim jest oczywiście w pełni uzasadnione – musiałam jeszcze słuchać głośnych przebojów Radia Eska czy innych dance’owych hitów, za którymi nie przepadam.

Salon jest brudny i nie przestrzega się w nim higieny

Jeśli oglądaliście kiedykolwiek programy w stylu „Ostre cięcie”, to pewnie widzieliście, w jakim stanie są sprzęty trzymane w niektórych salonach fryzjerskich: nieoczyszczone z włosów szczotki i golarki, lepiące się grzebienie, brudne fartuchy, które fryzjerki zakładają klientom… Pamiętam odcinek, w którym pokazywano salon, którego właścicielka tak bardzo chciała zaoszczędzić, że zamiast ręczników papierowych używała naprawdę brudnych, poplamionych szmat. Niewiarygodne, że przyzwyczaiła się do nich na tyle, że nawet nie wyrzuciła ich przed przyjazdem telewizji…

Jak sięgam pamięcią, nie przypominam sobie, abym była świadkiem jakiegoś rażącego zaniechania higieny w salonach fryzjerskich, które odwiedzałam. Zawsze jednak z ciekawością patrzę na to, co fryzjerka, która mnie czesze, robi w przypadku na przykład upuszczenia na podłogę grzebienia lub szczotki.

Trudo umówić się na wizytę

Nie chodzi mi o to, że salon jest świetny i ma mnóstwo klientek, przez co zapisanie się na wizytę graniczy z cudem. Mam na myśli takie salony, do których trudno się dodzwonić, a wizyty są regularnie przekładane lub odwoływane. Kiedyś chodziłam do fryzjera, u którego większość prób zapisania się przez telefon wyglądała następująco:

- Dzień dobry, chciałabym się umówić na wizytę do Państwa.
- Dzień dobry, jasne, ale jest dopiero 11.00, ja jeszcze nie włączyłam systemu komputerowego, proszę zadzwonić za pół godziny, bo on się długo uruchamia.

Oczywiście za pół godziny system jeszcze nie działał, a ja przez najbliższe godziny tego dnia próbowałam złapać moment, w którym wreszcie ruszy. Zawsze mnie dziwiło, dlaczego zatem salon nie korzysta poza tym ze zwykłego papierowego kalendarza?

Salon jest źle zorganizowany

Dobry salon ma poczekalnię – koniec i kropka. Poczekalnię, w której klienci mogą usiąść, powiesić płaszcz i w spokoju poczekać na swoją kolej. Niekoniecznie trzeba im proponować coś do picia (chociaż byłoby miło), ale na pewno ktoś powinien każdą nowo wchodzącą do salonu osobę, jeśli jest kolejka, po prostu przywitać. To drobiazg, ale naprawdę świadczy o danym miejscu.

Pamiętam, jak kiedyś chodziłam do salonu fryzjerskiego, w którym zapominano o tym szczególe. Jeśli dwie fryzjerki były akurat zajęte, a wchodziła nowa klientka, nikt nie zwracał na nią uwagi, póki sama się o nią nie doprosiła. Wyobraźcie sobie, że przychodzicie na umówioną wizytę, a personel zachowuje się, jakbyście były niewidzialne: nikt nie mówi wam, kiedy będzie wasza kolej ani czy w ogóle zostaniecie przyjęte. Siadacie i czekacie, zdane na łaskę i niełaskę fryzjerek.

Wracając jednak do poczekalni: tak, byłam kiedyś w (dodajmy: bardzo znanym) warszawskim salonie – w którym poczekalni w zasadzie nie było. W zasadzie, bo w oczekiwaniu na swoją wizytę siedziałam na krześle na środku salonu, nie wiedząc kto i kiedy do mnie podejdzie. W dodatku była zima, a nikt nie wziął ode mnie kurtki, ściskałam ją więc przez dobrych kilkanaście minut na kolanach.

Notoryczne opóźnienia

Są takie salony, gdzie klientki umówione na konkretną porę są obsługiwane godzinę później, zawsze trzeba czekać i nigdy nie wiadomo, ile czasu przyjedzie nam czatować na niewygodnej kanapie w poczekalni (zazwyczaj bez łyka wody). Nie zrozumcie mnie źle: nie chodzi mi o piętnaście minut, bo to nie problem. Pół biedy, jeśli zdarza się to od czasu do czasu (bywa że trudno wyliczyć, ile zajmie konkretne strzyżenie czy farbowanie), wiem jednak, że są miejsca, w których takie postępowanie to standard. I dziwię się, że jeszcze mają klientów.

A co Was irytuje w salonach fryzjerskich? Zwracacie uwagę na kwestie, o których wspomniałam?

środa, 13 września 2017

Fryzura ślubna dla cienkich włosów | Moja fryzura ślubna | Jak zaplanować fryzurę ślubną i wybrać fryzjera?


Dość długo mnie tu nie było, a wszystko przez mój ślub i wesele, które odbyły się na początku września. Przygotowania i załatwianie rozmaitych spraw (a do tego oczywiście praca i inne zobowiązania) zajęły mi w sierpniu tyle czasu, że nie starczyło mi go już na pisanie czegokolwiek na bloga. Teraz powoli wracam już do normalności, a pierwszy wpis po długiej nieobecności przeznaczam – a jakżeby inaczej – na opisanie Wam, na jaką fryzurę ślubną się zdecydowałam. Tym bardziej, że część z Was mnie o nią pytało!

Fryzura ślubna dla cienkich włosów – dylematy i opcje

Zacznę od tego, że nie jestem typem kobiety, która całe życie marzyła o tym, by wyjść za mąż, a w czasach szkolnych kolekcjonowała wycinki ze ślubnych katalogów, które wklejała do trzymanego pod łóżkiem segregatora. O nie. Temat ślubów nigdy mnie nie interesował i nawet przygotowując się do własnego, nie wpadłam w żadną przedślubną gorączkę. To, jak tego dnia będę uczesana, także nie planowałam zbyt skrupulatnie – miałam jedynie pewne wyobrażenie, jak taka fryzura mogłaby wyglądać, a przede wszystkim – jak nie powinna.

Jeśli regularnie do mnie zaglądacie, wiecie, że moje włosy są raczej cienkie i delikatne niż grube i gęste. Z tego względu niektóre możliwości fryzur musiałam od razu skreślić. Jedną z nich były luźne fale, które bardzo mi się podobają, ale zdecydowałam się je odrzucić z kilku powodów:
  • w dniu mojego ślubu była mżawka, po chwili fale zamieniłyby się więc w puch,
  • fale na moich włosach szybko zaczęłyby się prostować, a zbyt mocno polakierowane nie wyglądałyby zbyt dobrze,
  • w dniu ślubu miałam naprawdę długie włosy i uznałam, że będzie mi niewygodnie, jeśli nie będą upięte.

Szybko więc zweryfikowałam swoje plany i postawiłam na upięcie. Miałam tylko jeden duży warunek: nie może być gładkie. Chodziło mi po głowie uczesanie w romantycznym stylu, ale na tyle okiełznane, aby w czasie wesela nie martwić się wpadającymi do talerza i fruwającymi wokoło pasmami. Nie chciałam też fryzur przesadzonych, stworzonych z dziesiątek loczków – takich, które wydają mi się zbyt kiczowate i przypominające czasy lat 90.

Moja fryzura ślubna 


Dwa tygodnie przed ślubem poszłam do swojej fryzjerki na farbowanie i tonowanie włosów, aby nieco ochłodzić ich kolor. Z biegiem czasu, mimo stosowania odpowiednich kosmetyków, żółkną bowiem i ich odcień staje się coraz cieplejszy. Dzięki temu, po kilku myciach, w dniu ślubu miały pośredni, odpowiedni kolor. Poza tym przez ostatnie miesiące wcale ich nie obcinałam, korzystając z tego, że się nie rozdwajają – na początku września były więc naprawdę długie.

Na wykonanie fryzury ślubnej wybrałam się do salonu „Agnieszka Chełmońska Studio” na warszawskiej Pradze, gdzie czesała mnie przesympatyczna p. Ania Kamińska. Wykonanie widocznego poniżej upięcia zajęło jej nieco ponad godzinę. Fryzura była asymetryczna, zaczesana na prawą stronę. Z przodu włosy były wywinięte, a niektóre pasma luźno zwisały. Tym sposobem uniknęłam więc gładkiego koka, co bardzo mnie cieszyło. W zależności od ilości włosów w koka można wpleść sztuczne pasma bądź zastosować wypełniacz, chociaż na pewno nie każdy ich potrzebuje. Do tego uczesania potrzeba jednak wielu wsuwek – ja miałam ich chyba ze 40!


Fryzjerka wpięła mi także we włosy stroik, który wcześniej kupiłam – zdecydowałam się na delikatną ozdobę na druciku, która współgrała z moją suknią i biżuterią. Jej zaletą jest to, że można ją dowolnie wyginać i układać, a nawet – w razie potrzeby – skrócić. Welon był przypięty tuż nad nią i z nim wiązał się jedyny problem: z powodu tak dużej ilości spinek trudno było go wpiąć we włosy i wciąż się wysuwał. Bałam się, że spadnie w drodze do ołtarza, ale na szczęście zsunął się już po wyjściu z kościoła :)

Uczesanie było bardzo wygodne i trwałe – po weselu nawet w nim spałam i obudziłam się niemalże z nienaganną fryzurą :) Najgorsze było wyciąganie z włosów tych wszystkich spinek, ale z pomocą osób trzecich jakoś się to udało :)

Za wiele wprawdzie nie widać, ale chciałam Wam pokazać z suknią i (zsuwającym się) welonem ;)

Jak zaplanować fryzurę na ślub?

Jeśli zbliża się Wasza data ślubu bądź chcecie zawczasu wszystko zaplanować, oto moje rady, które – mam nadzieję – się Wam przydadzą:
  • jak najwcześniej zarezerwujcie sobie miejsce u ulubionego fryzjera – czekanie do ostatniej chwili (mam tu na myśli: kilka miesięcy przed ślubem w przypadku dobrych salonów) może skutkować brakiem miejsc. O tym, jak taki salon wybrać, napisałam poniżej.
  • Jeśli to możliwe, umówcie się na fryzurę próbną. Nie musi być ona wykonywana w miejscu, gdzie ostatecznie będziecie się czesać (moja nie była) – taka wizyta ma być dla Was inspiracją, a nie ostatecznym wybraniem kształtu uczesania. Chodzi o to, by porozmawiać z fachowcem, co pasuje do Waszej urody, włosów i sukni, ocenić, czy ładniej Wam w wysokim koku, czy może lepiej będzie postawić na luźne loki. Ja po takim spotkaniu miałam sporo nowych pomysłów na siebie!
  • Przejrzyjcie internet w poszukiwaniu inspiracji. Jeśli marzy się Wam jakieś upięcie, a wydaje się Wam, że Wasze włosy się do niego nie nadają, porozmawiajcie o tym z fryzjerem zamiast od razu rezygnować z pomysłu – może się okazać, że wystarczy pasmo sztucznych włosów lub prosty wypełniacz, aby wyczarować ją na Waszych włosach. Wszystko zależy od umiejętności fryzjera!
  • Przy wyborze fryzury uwzględnijcie – poza jej wyglądem – także to, czy będzie Wam w niej wygodnie, czy będzie pasować do twarzy i sukienki.
  • Jeśli farbujecie włosy na blond, zróbcie to tydzień lub dwa tygodnie przed ślubem – zazwyczaj w dniu ślubu wyglądają one wtedy ładniej niż w dniu farbowania lub miesiąc później.
  • Wizytę w dniu ślubu umówcie z samego rana – nie polecam czesać się dwie czy trzy godziny przed ślubem. Dlaczego? Z prostego powodu: po co dokładać sobie stresu i martwić się, że się nie zdąży? Tym bardziej, że fryzjer może mieć gorszy dzień i wizyta się przedłuży lub też jej termin się przesunie z powodu innych, spóźnialskich klientek. A Wy macie przecież tego dnia jeszcze trochę spraw do załatwienia. Fryzjerka, która czesała mnie w dniu ślubu, wspominała, że miewała klientki, które przychodziły do salonu na czesanie 2 godziny przed uroczystością i bardzo się martwiły, że nie zdążą…
  • Zawczasu pomyślcie, czy chcecie mieć we włosach jakieś ozdoby, np. stroiki, wianki, diademy lub kwiaty. Jeśli tak, trzeba je wcześniej kupić lub zamówić w kwiaciarni.
  • Nie zmieniajcie koloru włosów niedługo przed ślubem – coś może pójść nie tak, a przecież żadna z nas nie chciałaby mieć w ten dzień spalonych włosów…

Jak wybrać fryzjera na ślub?

Wybór fryzjera, który wykona fryzurę ślubną, to osobne zagadnienie. Moim zdaniem wiele przyszłych panien młodych niepotrzebnie decyduje się w dniu ślubu czesać u swojego dotychczasowego fryzjera. Zazwyczaj robią to ze strachu przed nieznanym, uważając, że lepiej wybrać to, co się już zna. Nie zawsze to dobry tok myślenia.

Jeśli nasz fryzjer faktycznie specjalizuje się w upięciach i fryzurach ślubnych, to świetnie – w innym przypadku warto spróbować gdzieś indziej. Najlepiej popytać wśród znajomych lub przejrzeć oferty z naszej miejscowości – ja salon, na który się zdecydowałam, poznałam z polecenia, a po przejrzeniu jego strony (zdjęcia fryzur!) od razu zapisałam się na wizytę na dzień ślubu. Ostateczną decyzję podjęłam zaś po rozmowie z fryzjerką.

No właśnie: z fryzjerem, który będzie nas w ten dzień czesał, warto wcześniej porozmawiać – nie chodzi nawet o to, by umawiać się do niego na czesanie próbne, ale o to, by zamienić z nim kilka zdań, podpytać, co według niego można zrobić z naszymi włosami, jakie mamy możliwości i czy warto coś dokupić i przynieść na wizytę. To też okazja, by ocenić, czy specjalista faktycznie jest fachowcem: czy umie doradzić? Czy jest kompetentny? Czy wychodzi z własną inicjatywą? Czy zna się na rzeczy? Możemy też podpatrzeć, jak pracuje, jak czesze i jaki ma styl.

Na końcu zamieszczam jeszcze kilka zdjęć mojej fryzury :)


Jestem ciekawa, jakie fryzury ślubne się Wam podobają, a jeśli macie ten dzień już za sobą, napiszcie, jak byłyście uczesane!


Polecam:

niedziela, 14 maja 2017

Opowieści prawdziwe: najstraszniejsze historie fryzjerów


Praca fryzjera wcale nie jest tak lekka i przyjemna, jak się wielu wydaje – nie dość, że fryzjer jest zmuszony na co dzień obcować z różnymi, nie zawsze łatwymi w kontakcie klientami, cały dzień spędza w pozycji stojącej i pochylonej, a przy tym musi mieć talent i często podnosić swoje kwalifikacje (a przynajmniej powinien), to jeszcze jest to zawód wymagający dużych umiejętności interpersonalnych. Co więcej, fryzjerzy spotykają się w swojej pracy z różnymi problemami, z których często inni nie zdają sobie sprawy: brakiem higieny, ryzykiem związanym z zarażeniem się groźną chorobą…

Dla równowagi po niedawnym wpisie, w którym opisałam, czego u fryzjerów nie lubię, tym razem chciałabym zaprosić Was do przeczytania kilku historii, które pokazują tę profesję od zupełnie innej strony i – mam nadzieję – uwrażliwiają na to, że zawód fryzjera bywa naprawdę trudny.

Cytaty, które przetłumaczyłam i wykorzystałam w tym wpisie, pochodzą z dyskusji, która powstała jakiś czas temu na amerykańskim serwisie Reddit. Czytałam je z przerażeniem i uznałam, że są na tyle wstrząsające, a przy tym ciekawe, że warto je zacytować szerszemu gronu odbiorców.


„Pracowałam niegdyś jako recepcjonistka w salonie fryzjerskim. Pewnego dnia zadzwoniła do nas pewna pani, która zapytała, czy mamy u siebie fryzjerkę specjalizującą się w obcinaniu kręconych włosów. Umówiłam ją na wizytę. Okazało się, że była ona przeznaczona dla jej wnuczki. Kiedy rodzina przyszła o umówionej porze, zobaczyliśmy, że matka i babcia są białe, a wnuczka to Afroamerykanka. Najwyraźniej kobiety nie umiały i nie chciały się nauczyć, jak dbać o włosy dziewczynki, która miała na głowie ogromnego, skołtunionego kucyka. Dziewczynka była nieco opóźniona w rozwoju, a kobiety powiedziały, że nie umie myć sobie sama głowy. Jej zapach poczułam, gdy tylko weszła do salonu, a gdy fryzjerka zaczęła myć jej głowę i wylała na nią szampon, woń rozniosła się po wszystkich pomieszczeniach. To było jak cios w brzuch. Fryzjerka musiała podnosić głowę do góry, by chociaż na chwilę zaczerpnąć świeżego powietrza. Powiedziała później, że ogromne płatki łupieżu i brudu utworzyły na jej skórze i włosach skorupę. To, co powinno być 45-minutową wizytą, zamieniło się w pracę, która trwała ponad 4 godziny. Po wszystkim dziewczynka wyglądała świetnie. Było mi jej szkoda, bo było oczywiste, że jej matka i babcia nie zajmowały się nią należycie. Nawet nie umyły jej w domu głowy. Na końcu kupiły nawet kilka rekomendowanych przez fryzjerkę kosmetyków, ale dzień czy dwa dni później wszystko zwróciły” (girlofthewoods).

„Mój mąż jest fryzjerem. Któregoś dnia przyszedł do niego mężczyzna z dredami. Chciał je zgolić. Mąż rozsunął więc dredy, spojrzał na skórę głowy i zobaczył, że jest zielona! Zapytał więc klienta, kiedy ostatnio mył głowę, a ten odpowiedział, że „jakieś trzy lata temu”! Mąż zorientował się, że całą skórę głowy ma pokrytą warstwą ropy, polecił więc klientowi jak najszybciej udać się do lekarza” (anonim).

„Któregoś dnia przyszła do mnie pewna kobieta z 8-letnią córką, aby ją uczesać. Nie była zbyt miła, za to dziewczynka przeciwnie – przesłodka. Niestety, okazało się, że jej mama NIGDY nie zajmowała się jej włosami! Biedaczka miała tak brudne i skołtunione włosy, że pracowały nad nią w salonie trzy lub cztery osoby przez trzy godziny, aby chociaż udało się je przeczesać szczotką… Nigdy nie zapomnę tej uroczej dziewczynki i tego, jaka była wdzięczna za to, że ma wreszcie ładne włosy” (leavingNYCtoday).

„Musiałam kiedyś odmówić wizytę pewnej kobiecie, która umówiła się na usunięcie sztucznych włosów. Ten typ doczepek, który miała, powinno się nosić maksymalnie 3 miesiące. Nikt jej tego nie powiedział, więc nosiła je przez 7 miesięcy! Dla mnie miała tylko dwie opcje do wyboru: zgolić się na łyso albo obciąć włosy tuż przy skórze głowy. Niektórzy fryzjerzy nie powinni mieć praw do wykonywania zawodu” (hinky28).

„Moja mama była fryzjerką w latach 60., pracowała dla Vidala Sassoona (słynnego brytyjskiego fryzjera i stylisty). Były to czasy, gdy w modzie były fryzury beehive – ogromne natapirowane koki przypominające pszczeli ul. Klientki po jego wykonaniu nie myły głowy tygodniami, a jedynie sprayowały włosy, by fryzura się trzymała. To oznaczało, że miały w nich sporo pcheł, wszy, a nawet karaluchów, które raz na jakiś czas były u fryzjera wypłukiwane. Z jakiegoś powodu mamie to nie przeszkadzało, ja jednak nasłuchałam się o tym na tyle, że nigdy nie chciałabym pracować w podobnym zawodzie” (LibraryLuLu).

„Moja siostra jest fryzjerką i opowiadała, jak zaraziła się kiedyś w pracy świerzbem od jakiegoś dziecka. Jego matka wiedziała, że chłopiec jest chory, ale powiedziała jej o tym dopiero przy wyjściu. Fuj!” (82workthrowaway82)

„To było dawno temu, miałam umyć głowę i obciąć włosy pewnemu nastolatkowi. Wyglądał, jakby nie mył włosów przez wiele miesięcy… Po obcięciu chciałam zmoczyć mu włosy, ale woda po nich po prostu spływała, bo były tak naoliwione od niemycia! Widziałam już wiele w czasie swojej pracy, ale pierwszy raz doświadczyłam czegoś takiego” (bzookee).

„Proszę, myjcie się za uszami! Wiele osób o tym zapomina i ma tam żółty, biały, a czasami zielony brud! To obrzydliwe i śmierdzi” (pcbzelephant)

„Moja mama była kiedyś fryzjerką. Opowiadała mi, jak pewnego dnia do salonu wszedł mężczyzna z ptasią kupą na czubku i tyle głowy. Najwyraźniej nic nie poczuł” (skivian).

„Moja fryzjerka opowiedziała mi kiedyś smutną historię. Przyszła do niej klientka, która miała włosy za pośladki. Kobieta chciała oddać je na cele charytatywne. CAŁE. Poprosiła o ścięcie ich na bardzo krótko. Przez cały czas szlochała. Fryzjerka wciąż dopytywała, czy taka długość będzie w porządku, a klientka wciąż prosiła o krócej. Była bardzo zdeterminowana, by pomóc w ten sposób osobom chorym na raka. Prosiła, by ignorować jej łzy. Do salonu wchodzili w tym czasie inni klienci i pewnie myśleli, że fryzjerka z własnej woli oszpeca tę biedną kobietę” (PoopsieDoodles).

„Kiedy byłam spłukaną studentką, odwiedziłam tani zakład fryzjerski. Przede mną obsługiwana była starsza pani. W pewnym momencie powiedziała do fryzjerki: „A tak przy okazji, mam z tyłu głowy ogromnego czyraka. Czy może go pani wycisnąć?”. Fryzjerka zaczęła rozglądać się za jakimś narzędziem, a ja zaczęłam wpatrywać się w swoje uda, próbując nie zwymiotować” (turquoiseten).

„Kiedyś przyszedł do mojego salonu młody człowiek z mamą. Miał jakieś 8 lat i bardzo gęste kręcone włosy. Jego matka poprosiła, aby je zgolić. Zgodziłam się, to miało być moje ostatnie strzyżenie tego dnia i chciałam już iść do domu. Zabrałam się do pracy i okazało się, że pod tymi lokami chłopiec ma wszy. Ogromne. Prawdopodobnie dlatego jego matka chciała, abym ścięła mu włosy. Przerwałam strzyżenie i spędziłam kolejne 3 godziny na dezynfekowaniu salonu. Matka chłopca zadzwoniła później do nas skarżąc się, że nie dokończyłam swojej pracy i nie ścięłam dziecku włosów. Tłumaczyliśmy, że to byłoby nielegalne, ponieważ stanowiło zagrożenie rozprzestrzenienia się wszy po pomieszczeniu i zarażenia innych klientów. Kobieta uznała więc, że jesteśmy po prostu rasistami. To było zabawne” (sometimes_always).

„To się wydarzyło, jak byłam jeszcze w szkole. Do salonu przyszła niechlujnie wyglądająca kobieta. Chciała, aby umyć jej włosy i obciąć je. Miała otwarte wrzody na twarzy i szyi, więc i pewnie na skórze głowy. Jej włosy były posklejane od brudu, tworząc dredy. Byłam w trakcie nakładania jej odżywki, kiedy powiedziała, że od 15 lat ma HIV…” (scorpionbutt).

„Przyszła do mnie kiedyś klientka z długimi włosami. Chciała je tylko podciąć. Umyłam jej głowę, posadziłam na fotelu i zaczęłam czesać grzebieniem. Wtedy poczułam dziwny zapach i zauważyłam coś, co wyglądało jak sucha skóra głowy. Zaczęłam się przyglądać, a te drobinki okazały się być gindami…” (pixelmeow)

Co sądzicie o tych historiach? Słyszałyście kiedyś podobne? Jestem też ciekawa opinii fryzjerów i fryzjerek, którzy czytają mój blog: czy takie wydarzenia są w salonach rzadkością? Jakie są Wasze najgorsze doświadczenia z pracy?


Polecam:

Popularne w tym miesiącu: