środa, 11 lutego 2015

Jak wyczyścić Tangle Teezer?


Wyobraźcie sobie swoją szczotkę do włosów pod mikroskopem: te resztki naskórka, sebum, radośnie skaczące bakterie… A teraz wyobraźcie sobie, że taka szczotka ląduje na Waszych włosach i jest wielokrotnie przeciągana po pasmach od skóry głowy po same końcówki. Aż chce się biec po szampon, prawda?...

Dlaczego warto myć szczotki i grzebienie?

Nie zawsze to widać, ale na szczotkach i grzebieniach, poza włosami, osadzają się też rozmaite pyłki, kurz, bakterie, sebum, a nawet resztki kosmetyków. Na te ostatnie warto zwrócić uwagę głównie wtedy, gdy używamy pianek do włosów, spray’ów utrwalających lub silikonów, ponieważ gromadzą się one na szczotce, a następnie na nowo nanosimy je na włosy i skórę głowy. W efekcie włosy szybciej się przetłuszczają, są oklapnięte i gorzej wyglądają.

Aby unikać przenoszenia brudu na włosy i skórę głowy, przyrządy do czesania powinniśmy myć regularnie (najlepiej chociaż raz w tygodniu). I tak, jak wyczyszczenie grzebienia jest dość oczywiste, tak umycie Tangle Teezer wymaga już odrobinę więcej pracy.

Dlaczego? Przede wszystkim igiełki Tangle Teezer wbrew pozorom łatwo jest uszkodzić. Dodatkowo wersja kompaktowa szczotki ma w środku otwór, do którego lepiej nie nalewać wody – może się ona bowiem nie wypłukać i będzie zalegać w środku, chlupać i gnić. A otworzenie TT do łatwych nie należy!

Umyj mnie! ;)

Jak wyczyścić Tangle Teezer?

Metod czyszczenia Tangle Teezer jest wiele. Ja pokażę Wam tę najprostszą, którą sama stosuję.

Potrzebujemy:
  • odrobinę wody,
  • starą szczoteczkę do zębów,
  • mydło w płynie (ewentualnie szampon o prostym składzie lub żel do mycia ciała).

Najpierw palcami lub za pomocą czystego grzebienia usuwam z Tangle Teezer wszystkie zanieczyszczenia widoczne gołym okiem – w tym głównie włosy – po czym zwilżam go nieco wodą. Następnie na szczoteczkę do zębów nakładam trochę mydła (w ilości przypominającej wielkość orzecha laskowego) i delikatnie szoruję szczotkę między ząbkami.

Ja mam wersję kompaktową TT, przy płukaniu muszę więc uważać, by woda nie wlała się do jej wnętrza. Robię to pod delikatnym strumieniem bieżącej wody, pomagając sobie palcami. Na końcu często dosuszam i doczyszczam szczotkę patyczkiem do uszu – jego kształt i miękka wata na końcu sprawiają, że można domyć wszystkie zakamarki :)

Po umyciu strzepuję resztki wody i odkładam Tangle Teezer do wyschnięcia ząbkami do góry (kładzenie szczotki na ząbkach może je zniszczyć!). Pokrywę szczotki zamykam dopiero po jej całkowitym wyschnięciu. Możemy też obsuszyć TT papierowym ręcznikiem lub nawiewem suszarki.

Dobrym pomysłem jest też  czyszczenie szczotki za pomocą spryskiwacza: do buteleczki z atomizerem wlewamy odrobinę wody z wybranym szamponem i delikatnie spryskujemy TT. Ta metoda sprawdzi się w przypadku zwykłego Tangle Teezer – przy myciu kompaktowego może powodować wlewanie się wody do jego środka.


Jak NIE myć Tangle Teezer?

Niedawno słyszałam o czyszczeniu TT za pomocą… odkurzacza. Stanowczo odradzam tę metodę – odkurzacz z pewnością przeniesie nam na szczotkę całą masę bakterii i zanieczyszczeń z podłogi! Zastanawiałabym się też nad zachwalanym przez niektórych pomysłem czyszczenia Tanglee Teezer szczoteczką do twarzy – mimo wszystko bakterie i zanieczyszczenia obecne na TT mogą się przenieść potem na buzię i wypryski gotowe… 

Specjalne czyściki do mycia szczotek

Szczotka do czyszczenia szczotki – brzmi absurdalnie, prawda? Jeśli jednak mamy wysokie wymagania, możemy kupić specjalny czyścik, który pomoże nam doprowadzić szczotkę lub grzebień do porządku. Przyznam szczerze, nigdy takich gadżetów nie używałam i mam do nich podejście iście sceptyczne, ale… może się mylę?

Czyścik możecie kupić na przykład na tych stronach:

Czyścik ze strony Bornprettystore

PS. W tym tygodniu mój blog osiągnął wynik ponad 100 obserwatorów i 50 fallowersów G+, a fan page – ponad 100 fanów. Dzięki!

PS. 2. Uruchomiłam opcję powiadomień o nowych wpisach na blogu – odpowiednie okienko znajdziecie w prawej kolumnie. Wystarczy tylko wpisać swój adres e-mail :)

poniedziałek, 9 lutego 2015

Co mnie najbardziej wkurza w dbaniu o włosy? (cz. I)


Dbanie o włosy to istne pole minowe – gdy zaczęłam się zastanawiać nad tym, co mnie najbardziej w tym dbaniu i pielęgnacji denerwuje, wyszczególniłam tak wiele punktów, że wpis, który planowałam opublikować w jednym kawałku, będę musiała w efekcie podzielić na kilka długich części :)

Ale do rzeczy. Oto pierwsze cztery sprawy, które w pielęgnacji włosów mnie zwyczajnie wkurzają!

Włosy nie chcą współpracować

Złośliwość rzeczy martwych, jak na martwe w swojej strukturze włosy przystało, dotyczy też najwyraźniej fryzury. 

W ostatnią sobotę wybierałam się na baseny termalne. Wiadomo: chlor, sole, para wodna powstająca na styku gorącej wody i mroźnego powietrza, czyli wszystko to, czego włosy nienawidzą. Dzień wcześniej, myśląc o tym, że i tak upnę włosy, a po kilku minutach pływania będą przecież wyglądać fatalnie i nie ma co się starać, umyłam głowę byle czym i nałożyłam jakąkolwiek maskę na minimalny niezbędny czas (15 minut). Efekt? Błyszczące, lejące się i dociążone włosy. Demet!

Pół biedy, jeśli się nie staram, a włosy i tak wyglądają ładnie. Gorzej, jak poświęcam im wieczór, a następnego dnia rano mam ochotę włożyć głowę pod kran… Dziwnym trafem ta druga opcja prawie zawsze pojawia się przed imprezą, ważnym spotkaniem lub dniem, w którym zależy mi na tym, by dobrze wyglądać. Ależ mnie to wkurza.

Nigdy nie wiadomo, jak zadziała dany składnik

„Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana” – mawiała jedna z przebrzmiałych już polskich celebrytek. Owszem, można sobie teoretyzować, że humektanty w zimie to zły pomysł, a nakładanie proteinowej maski piąty dzień z rzędu może zrobić włosom kuku, ale jednak co praktyka, to praktyka. Przyznajcie szczerze, jak często zdarza się Wam jednego dnia chwalić dany składnik lub kosmetyk pod niebiosa, a następnego macie ochotę wyp… wywalić go do kosza i przycisnąć butem?

Włosy są kapryśne – taki z tego morał. Bez testowania nie będziemy wiedzieć, co akurat tym naszym pasuje.

A gdyby tak włosy każdego z nas były takie same? To samo im odpowiadało? To samo je niszczyło? Byłoby łatwiej, ale też dużo nudniej :) A tak wcieramy wcierkę poleconą przez przyjaciółkę, kupujemy szampon, o którym przeczytaliśmy pochlebną recenzję na jakimś blogu albo stosujemy odżywkę, która – zgodnie z opisem producenta – ma w tydzień naprawić szkody powstałe na włosach w ciągu ostatnich pięciu lat. I modlimy się, żeby żaden z nich nie spowodował u nas łupieżu albo nadmiernego wypadania… No risk, no fun!


Trudno znaleźć dobrego fryzjera

Co tam fryzjera, nawet przedstawiciele danych firm kosmetycznych nie wiedzą, co tak naprawdę kryje się w zachwalanych przez nich produktach!

Z racji swojej pracy mam często do czynienia m.in. z różnymi konsultantami występującymi z ramienia dużych i małych koncernów. Dwa tygodnie temu zostałam zaproszona na spotkanie z przedstawicielami jednej z bardzo popularnych, polskich firm kosmetycznych produkujących znane wszystkim włosomaniaczkom szampony do włosów. Gdy tylko zdążyłam usiąść, dostałam do ręki rzeczony szampon i zostałam uraczona peanem na jego temat. Owszem, produkt jest naprawdę dobry i ogólnie lubiany, ale chciałam dopytać o kilka szczegółów. Być może nie powinnam, bo w tym momencie cały profesjonalizm przedstawicielki prysnął jak bańka mydlana. Nasza rozmowa wyglądała wówczas mniej więcej tak:

– Szampon jest naprawdę wspaniały, nie zawiera żadnych szkodliwych dodatków, silikonów, parabenów…
– Rozumiem, a czy znajdziemy w nim silne detergenty?
– (widoczna konsternacja na twarzy) Eeeee…?
– Mam na myśli SLS lub SLES?
– (panika w oczach, nerwowe spoglądanie na pozostałe przedstawicielki firmy) To znaczy… Tutaj… (nagle wątpliwe olśnienie, pani przedstawicielka się rozpogadza) Nie, nie, tutaj nie ma silikonów!

Jednym słowem: dramat w jednym akcie. Nie wymagam od nikogo znajomości składów produktów, ale żeby nie wiedzieć, co się sprzedaje/zachwala/promuje?

Przy okazji mogę Wam zdradzić, że wielu przedstawicieli firm kosmetycznych traktuje blogerki z dużym powątpiewaniem i mówi o nich z ironicznym uśmieszkiem na twarzy – bo „chcą wciąż testować nasze produkty za darmo” i „nawet pani nie uwierzy, co te włosomaniaczki kładą na włosy!” :)

Ale wracając do fryzjerów. Byłam u wielu i mam wrażenie, że początkująca włosomaniaczka ma większą wiedzę na temat włosów niż większość z nich. Może miałam pecha, ale często zdarzało mi się obserwować fuszerki odwalane przez fryzjerów, którzy farbują zniszczone i spalone włosy na blond, „bo klientka tak chce”, lakierują fryzury, nadając im kształt hełmu albo obcinają końcówki tępymi nożyczkami.

Ostatnio słyszałam, że fryzjer nie wiedział, co to jest Tangle Teezer. Innym razem, że uparcie rozczesywał loki na sucho. O moich przeprawach z jedną z fryzjerek już wiecie (początek tego wpisu). Niestety, wbrew temu, co kiedyś sądziłam, koloryzacja w salonie wcale nie oznacza, że jesteśmy pod dobrą opieką… Zazwyczaj ta „opieka” okazuje się iście szatańska. Nigdy nie zapomnę, jak bardzo piekła mnie skóra głowy w trakcie jednego z takich farbowań albo jak po innym jasne pasemka ciągnęły mi się przez kilka miesięcy jak guma do żucia…

I tu dochodzimy do setna sprawy: jeśli nie fryzjer, to kto ma się znać na włosach?! Ręce opadają.

Większa świadomość na temat włosów rodzi frustracje

Kiedyś spałam sobie beztrosko w rozpuszczonych włosach. Nie nosiłam czapki, bo tak mi było wygodniej. Oszczędzałam, używając przez wiele lat tego samego szamponu naszpikowanego silikonami. Suszyłam włosy gorącym nawiewem suszarki, bo tak jest szybciej. Jednym słowem: żyłam sobie w swojej słodkiej nieświadomości, szczęśliwie i beztrosko.

A teraz? O nieeee. Teraz wybrzydzam, sprawdzam, poszukuję, studiuję składy, porównuję i wpadam w paranoję. Mam świadomość tego, co się kryje w niektórych kosmetykach, lawiruję więc tak, by ich unikać. Kiedyś szłam do sklepu i wrzucałam do koszyka pierwszy lepszy szampon w ładnej, przyciągającej wzrok butelce. Teraz od razu okręcam ją na drugą stronę i z zacięciem godnym chemika studiuję listę składników. A potem biorę do ręki jego sąsiada i znów czytam. A potem kolejnego, bo poprzedni przecież nie był zbyt dobry…

I chociaż jestem wierna zasadzie „twoje włosy są dla ciebie, a nie ty dla nich”, często łapię się na tym, że ich dobro przedkładam nad inne ważne sprawy (spóźnię się? Trudno, przecież nie wyjdę w wilgotnych włosach! Związanie włosów na noc sprawi, że następnego dnia fryzura będzie przypominała afro Tiny Turner? Nieważne, grunt, że końcówki się nie zniszczą!)…

Teraz już po prostu zbyt wiele wiem, by beztrosko się nie przejmować. Uważajcie więc dziewczyny: kto raz zdobędzie wiedzę na temat włosów, ten już nigdy nie będzie taki sam! ;)


A czy Was to wkurza? Czy Wasze włosy też są tak kapryśne? Byłyście kiedyś u naprawdę dobrego fryzjera? 

Podobne wpisy:

niedziela, 8 lutego 2015

Recenzja: turban termalny Hair Spa


Istnieją takie przyrządy do włosów, które nie są nam tak potrzebne jak szampon czy odżywka, a jednak dobrze jest je mieć. Takim produktem jest dla mnie turban termalny Hair Spa, który testuję od około dwóch miesięcy.

Oceny cząstkowe: dobryneutralnysłaby.

Opakowanie

Zamówiony przez internet turban dostajemy w tekturowym pudełku, w którym znajdują się też:
  • plastikowy czepek,
  • żelowe wkłady do podgrzewania,
  • ulotki informacyjne.

Aby akcesoria się nie kurzyły, trzymam je na co dzień właśnie w tym zamykanym pudełku.

Turban wykonany jest z tkaniny frotte, jest dość gruby i wytrzymały. Kompresy, zwane też wkładami, to żel zamknięty w przeźroczystych kieszonkach. Dzięki takiemu wykonaniu kompresy ogrzewają się i dość długo trzymają ciepło (około 40 minut).


Sposób użycia i działanie

Do działania turban termalny potrzebuje gorących wkładów – ich podgrzanie jest łatwe, ale dość czasochłonne. Ja postępuję według poniższego schematu:
  1. gotuję litr wody w czajniku, a następnie otwieram jego pokrywę na 5-6 minut (wkładów nie wolno wrzucać do wrzątku!).
  2. Przelewam lekko schłodzoną wodę (o temperaturze około 80°C) do garnka i wstawiam na bardzo mały gaz (aby woda nie stygła i jednocześnie nie zaczęła wrzeć).
  3. W garnku z wodą na 10 minut umieszczam wkłady.
  4. Delikatnie wyciągam kompresy palcami lub pomagam sobie dużą łyżką.
  5. Wkłady osuszam ściereczką i umieszczam w kieszonkach turbanu (duży w środkowej, mniejsze po bokach).

Może się wydawać, że to sporo pracy, ale wszystko razem trwa około 15 minut, w czasie których najczęściej rozczesuję włosy i nakładam na nie olej lub maskę.

Gotujemy litr wody, a następnie odkrywamy pokrywę czajnika na 5-6 minut
Po 10 minutach podgrzewania wkładów osuszamy je i umieszczamy w kieszonkach turbanu
Na głowę zakładamy następnie plastikowy czepek (aby maska lub olej nie wsiąkały w tkaninę frotte), a na niego turban. Jego wydłużony kształt z rzepem na końcu sprawia, że turban jest uniwersalny i pasuje na każdą głowę – to od nas zależy, czy zapniemy go ciaśniej, czy luźniej. W dopasowanie turbanu pomagają też miękkie, żelowe kompresy.

Bardzo dużą zaletą turbanu jest to, że bardzo dobrze przylega do włosów i nie spada – przetestowałam to nawet w czasie dość intensywnych, domowych ćwiczeń :) Jest miły w dotyku, łatwo go wyczyścić i przechowywać.

Turban ma wydłużony kształt z rzepem na końcu
Zamykane na rzep kieszonki w turbanie
Końcówkę turbanu zakręcamy wokół własnej osi i przyklejamy na rzep
Działanie turbanu termalnego polega na lekkim podgrzaniu włosów, dzięki czemu łuski odchylają się, a tym samym maska lub olej, które trzymamy na włosach, łatwiej w nie wnikają. Mam wrażenie, że po kilku tygodniach testowania turbanu moje włosy stały się bardziej błyszczące, ale mniemam, że efekt działania produktu u każdego będzie nieco inny (być może turban przyda się szczególnie osobom o włosach niskoporowatych, których łuski na co dzień ciasno do siebie przylegają i potrzebuję dodatkowego impulsu, by się rozchylić).

Wady? Mimo że wkłady trudno jest przebić, jest to niestety możliwe – wówczas pojawia się problem, ponieważ producent nie sprzedaje ich osobno. W takim przypadku jesteśmy zmuszeni kupić cały nowy zestaw.


Cena i dostępność

Niestety, turban termalny Hair Spa dostaniemy jedynie przez internet na stronie www.hairspa.com.pl lub na Allegro. Jego obecna cena to 89,99 zł, ale często można go kupić w promocji (szczególnie w okresie świąt).

Niestety, tego typu turbanu termalnego nie kupimy taniej u innych producentów – Hair Spa jest chroniony patentem.

Podsumowanie

Możecie uznać, że kupowanie turbanu nie jest konieczne: włosy można przecież zawinąć w ręcznik i podgrzać suszarką. Kto jednak wytrzyma godzinę z uniesioną do góry ręką i suszarką przy głowie? ;)

Myślę, że turban termalny Hair Spa to ciekawy gadżet, który nie jest koniecznością, ale na pewno się przydaje. Jego używanie, a dokładnie otulające ciepło, które wiąże się z jego stosowaniem, jest przyjemne szczególnie zimą. Przypuszczam, że latem turban włożę do pudełka i przechowam do kolejnego chłodnego sezonu.

Ulotka dodawana do turbanu

Używacie turbanu termalnego Hair Spa? Co o nim sądzicie?

Popularne w tym miesiącu: