niedziela, 26 marca 2017

Recenzja: Farmona, Radical, Odżywka wzmacniająco-regenerująca do włosów zniszczonych i wypadających


Większość osób, które zaglądają na mój blog, z pewnością zna wcierkę Jantar – dziś chciałabym zrecenzować jej „siostrę bliźniaczkę”, czyli wcierkę Radical tej samej firmy, czyli Farmony. Kosztuje i wygląda podobnie, czy zatem warto ją kupić?

Oceny cząstkowe: dobryneutralnysłaby.

Opakowanie

Szklana przeźroczysta butelka z maleńkim otworem na czubku zamykanym czerwoną nakrętką. Opakowanie było z jednej strony mało wygodne, bo wymagało niezłego trząchania nad głową, żeby wydobyć ze środka płyn, z drugiej zaś tego typu „zaworek” zabezpieczał przed wylaniem zbyt dużej ilości wcierki na włosy. Jeśli zdecyduję się w przyszłości na kolejne opakowanie, raczej przeleję ją jednak do innej butelki.

Zapach

Wcierka pachnie jak męska woda po goleniu: mocno, zdecydowanie, na dłuższą metę męcząco, ale przyzwyczaiłam się do tego zapachu.


Skład

Aqua (woda), Alcohol Denat (alkohol, może przesuszać, ale we wcierkach ułatwia wnikanie substancji aktywnych), Equisetum Arvense (Horsetail) Extract (wyciąg ze skrzypu polnego), Panthenol (pantenol), Inulin (inulina), Hydrolyzed Silk (hydrolizowany jedwab), Camelia Sinensis (Green Tea) Leaf Extract (ekstrakt z zielonej herbaty), PEG-40 Hydrogenated Castrol Oil (emulgator), DMDM Hydantoin (konserwant), Methylchloroisothiazolinone (konserwant), Methylisothiazolinone (konserwant), Citric Acid (regulator pH), Parfum (zapach), Butylphenyl Methylpropional (składnik zapachowy), Citronellol (składnik zapachowy), Hexyl Cinnamal (składnik zapachowy).

Wcierka bazuje przede wszystkim na wyciągu ze skrzypu polnego – ważnym składniku, po który często sięgają producenci kosmetyków do włosów. Wyciąg taki ma właściwości regenerujące, wzmacnia włosy, zapobiega łupieżowi, rozdwajaniu się i łamaniu włosów.

W kosmetyku znajdziemy też ekstrakt z zielonej herbaty, który tonizuje skórę i zapobiega rozwojowi stanów zapalnych, działa regenerująco, ściągająco, kojąco i nawilżająco. Przypuszczam, że to właśnie ten ekstrakt sprawił, że odżywka tak dobrze się u mnie sprawdziła i łagodziła wszelkie podrażnienia skóry głowy. Mimo że zawiera alkohol, nie podrażniała jej ani nie wywoływała swędzenia.


Działanie

Wcierkę Radical stosowałam po prawie każdym myciu głowy przez dwa miesiące. Nakładałam ją na skórę, gdy włosy już trochę podeschły, aby z niej nie spłynęła wraz z wodą. Parę razy zdarzyło mi się o niej zapomnieć, ale mogę powiedzieć, że korzystałam z niej regularnie 2-3 razy w tygodniu.

Mam wrażenie, że wcierka zahamowała u mnie wypadanie włosów w około 60-70%, czyli całkiem nieźle. Najlepszą jej funkcją okazał się jednak wpływ na moją skórę głowy – gdy zaczęłam stosować ją regularnie, całkowicie pozbyłam się problemu podrażnień i świądu, który dokuczał mi wcześniej. Pod tym względem kosmetyk okazał się być naprawdę świetny.

Konsystencja i wydajność

Wcierka ma wodnistą konsystencję i jest praktycznie przeźroczysta. Nie skleja włosów, nie przetłuszcza ich, nie zauważyłam też, aby przesuszała. Mi starczyła na równo 2 miesiące używania.


Cena i dostępność

Odżywka Radical Farmony kosztuje około 12 zł za opakowanie, w którym znajdziemy 100 ml płynu. Kupimy ją w drogeriach, myślę też, że może być dostępna w aptekach.

Podsumowanie

Obok wcierki Jantar, do której jest zresztą trochę podobna, to drugi popularny kosmetyk Farmony. Jest od niej wprawdzie dużo biedniejsza pod kątem składu, ale za to w przynajmniej moim przypadku lepiej zadziałała na stan skóry głowy. Polecam wcierkę Radical, jeśli poszukujecie wcierki taniej, łatwo dostępnej i efektywnej, a jednocześnie nie boicie się wcierek na bazie alkoholu. Ja mam raczej wrażliwą skórę głowy, a mimo to nie dość, że kosmetyk ten jej nie podrażnił, to jeszcze ukoił i uspokoił sprawiając, że przez bite dwa miesiące nie miałam z nią żadnych problemów.


Co myślicie o tej odżywce? Jak jest Wasza opinia na jej temat?

Polecam:

czwartek, 23 marca 2017

Czego najbardziej nie lubię u fryzjerów?


Fryzjer też człowiek: nie jest nieomylny, może mu się coś nie udać, może mieć gorszy dzień czy zły nastrój… Czasami. Powinien jednak zawsze być profesjonalny, mieć wiedzę i umiejętności, przestrzegać higieny i podstawowych praw konsumenta.

Ten wpis nie ma na celu nikogo obrażać – uważam, że w każdym zawodzie znajdują się zarówno profesjonaliści, jak i partacze. Każdy z nas w swoim zakresie powinien dążyć do tego, by stać się fachowcem w swojej dziedzinie. Jeśli się nie stara, nie szkoli i nie rozwija, szybko stanie w miejscu, a z czasem zabraknie mu kwalifikacji do wykonywania swoich obowiązków. We fryzjerstwie jest podobnie, o czym świadczą chociażby programy telewizyjne takie jak „Ostre cięcie” czy „Afera fryzjera”.

Przyznaję bez bicia: nie należę do tych kobiet, które lubią chodzić do fryzjera i traktują to jako relaks. I nie chodzi o to, że boję się zmian na głowie – szkoda mi po prostu czasu na to, by spędzić kilka godzin w fotelu (tyle czasem trwa farbowanie długich włosów). Do tego jeszcze czuję się niekomfortowo, gdy ktoś wokół mnie „skacze”, a nie każdy fryzjer ma w sobie dar zjednywania ludzi i sprawiania, że klient czuje się w salonie dobrze (i nie chodzi tu tylko o głośną muzykę, którą zmuszona jestem w wielu takich miejscach słuchać).

Jakich fryzjerów nie lubię i co męczy mnie lub denerwuje w ich zachowaniu? Zastanawiałam się ostatnio nad tymi pytaniami i oto, co przyszło mi do głowy.

Fryzjer jest niekompetentny

Takie zachowanie może przybierać różne formy. Przykładowo w tym roku miałam nieprzyjemność farbować włosy u fryzjerki, która zachowywała się, jakby pozjadała wszystkie rozumy: nie miała w sobie ani krzty pokory, była głośna, bezczelna i olewcza (to nie tylko moja opinia na temat tej pani). Najśmieszniejsze, że w ten sposób maskowała swój brak umiejętności – przy pracy wyraźnie pokazywała, że nie do końca wie, co robi, przyznała też, że nie wie, jaki kolor ostatecznie wyjdzie na moich włosach (!). Koleżance zaś, która u niej była, tak pofarbowała włosy, że po zmyciu koloru wcale nie było widać żadnej zmiany. Całą „operację” trzeba było więc powtórzyć, oczywiście ze szkodą dla włosów, zresztą przy akompaniamencie nieprzyjemnych odzywek fryzjerki. Podobnie zresztą potraktowała inną moją znajomą, z którą też się prawie pokłóciła. Na szczęście tak skrajne przypadki to rzadkość.

Tak jak wspomniałam, dobry fryzjer to fachowiec: zna się na swojej pracy i wie, co robić, aby osiągnąć zamierzony efekt. Potrafi odradzić coś klientce, jeśli uważa, że to jej zaszkodzi. Zna trendy, ale stosuje się do nich z głową. Umie doradzić, zaproponować korzystną zmianę, jego profesjonalizm wzbudza zaufanie i powoduje, że czujemy, że jesteśmy w dobrych rękach. Nie zmusza, nie naciska i nie forsuje na siłę swoich pomysłów. Umie wypracować kompromis pomiędzy tym, co chce klient, a tym, co będzie dla niego najlepsze. Pyta o oczekiwania, ale wykazuje się inwencją. Tacy fryzjerzy istnieją i jest ich sporo, ale w tym fachu – jak w każdym innym – pełno jest też takich „specjalistów”, którzy są niekompetentni i nieprofesjonalni.

Co przez to rozumiem? Wiele spraw. Chociażby to, że tego rodzaju fryzjer nie słucha, co się do niego mówi. Najlepszym przykładem jest często powtarzająca się u złych fryzjerów sytuacja, gdy wchodzimy do salonu z zamiarem podcięcia końcówek, a wychodzimy z niego z o połowę krótszą fryzurą. Albo nierówno przyciętymi włosami.

Kiepski fryzjer tnie poza tym wszystkich tak samo, nie potrafi nic zaproponować od siebie. Wykonuje różne usługi „na czuja”, na przykład kładzie klientce na włosy farbę i nie wie, jaki kolor w ten sposób wyjdzie na jej włosach (przeżyłam to nie raz!). Idzie na łatwiznę, nie szkoli się, nie wie, co we fryzjerstwie piszczy, a przede wszystkim nie zna się zupełnie na włosach. Jakiś czas temu koleżanka opowiadała mi, że fryzjerka, do której trafiła, nie wiedziała, co to jest Tangle Teezer. Czy ktoś, czyj zawód związany jest z włosami, może nie wiedzieć o istnieniu najpopularniejszej chyba szczotki do włosów?

Oczywiście idealnie byłoby, gdyby fryzjer znał się na składach kosmetyków, wiedział, co służy włosom i umiał doradzić, jak zadbać o nie w domu. Z mojego doświadczenia wynika jednak, że takich fachowców jest niewielu. Jeśli ich znacie, to warto się ich trzymać!

Oczywiście nie uważam, że fryzjer musi być alfą i omegą. Tak samo jednak, jak oczekujemy od lekarza trafnej diagnozy swojej przypadłości, od ślusarza naprawienia zamka, a architekta funkcjonalnego zaplanowania rozkładu pomieszczeń domu, tak od fryzjera wymagamy pewnych związanych z jego zawodem usług. Każdy z nas jest (albo powinien być) ekspertem w dziedzinie, którą się zajmuje. Dobry fryzjer powinien się więc regularnie szkolić – o tym, czy nasz fryzjer to robi, mogą świadczyć daty na dyplomach wywieszonych w salonie.

Na marginesie dodam też, że wielu osobom przeszkadza to, że fryzjer podczas usługi wymyka się na zaplecze (zapalić, zjeść czy zrobić cokolwiek innego). Mnie to nie wadzi – szczerze mówiąc, jeśli i tak siedzę z farbą na głowie, to dlaczego miałby na siłę dotrzymywać mi towarzystwa? Też musi mieć chwilę, aby odpocząć. A ja w tym czasie i tak chętnie sięgam do torby po książkę :)

Fryzjer sprawia, że czujemy się niekomfortowo

Myślę, że fryzjer powinien mieć w sobie pewien balans i umieć wyczuć, czy klientka jest z tych, które chcą pogadać, czy raczej woli siedzieć cicho. Nikt nie wymaga od fryzjera zagadywania, plotkowania czy wciągania klientów w rozmowy o wakacjach czy pogodzie (a niektórzy wręcz tego nienawidzą i nie ma się co dziwić), dobry specjalista powinien jednak dokładnie omówić, co zamierza nam na głowie „zgotować”. Ale o tym już w kolejnym punkcie. Z drugiej strony ciągła cisza też bywa krępująca.

Czasem na niekomfortowość przebywania w danym salonie wpływają też inne czynniki. Pamiętam jak rok temu zostałam zaproszona do pewnego salonu w centrum Warszawy. Gdy weszłam, przedstawiłam się i powiedziałam, że jestem umówiona na wizytę, pani przy kontuarze spojrzała na mnie tak, jakbym co najmniej chciała kupić u nich kilogram ziemniaków. Na szczęście szybko zawołano fryzjerkę, która miała się mną zajmować – niezwykle miłą zresztą panią, która okazała się być właścicielką salonu – a mnie poproszono do ogromnej sali w środku. I kolejny zonk: musiałam chwilę poczekać, ale nikt nie zaproponował mi skorzystania z szatni czy szafki na kurtki, położyłam więc swoje wszystkie rzeczy na fotelu (a było tego sporo, bo była zima), obok którego polecono mi stanąć (tak… wyglądało to równie żałośnie, jak brzmi). Fotel ten stał w rogu i był oddalony od krzeseł, na których czesze się klientki, o kilka dobrych metrów, głupio mi więc było tak po prostu przedefilować tam i usiąść na którymś z nich. Tym bardziej, że w międzyczasie kilka stojących w rogach sali pań intensywnie mi się przyglądało. Myślę, że były to praktykantki, każda z nich była bowiem bardzo młoda. Stałam tak więc nie wiedząc, co zrobić z oczami. Czułam się bardzo niekomfortowo, bo czułam, że wszyscy na mnie patrzą, a nikt się nie odzywa. Być może dziewczyny dopiero się uczyły na fryzjerki, były tam nowe i nie wiedziały, jak się zachować przy klientce. Jakby było tego mało, po chwili podeszła do mnie jedna z fryzjerek i zabrała moje rzeczy mówiąc, że tu będą przeszkadzać, więc zaniesie je do szafy. Zupełnie tak, jakby uważała, że powinnam sama to zrobić, a przecież ja byłam tam pierwszy raz i nie wiedziałam, gdzie trzymają kurtki :) Złe pierwsze wrażenie na szczęście szybko minęło dzięki wspomnianej już właścicielce, która okazała się świetną profesjonalistką w swoim fachu.

Fryzjer szarpie

Dwa słowa, a wszystko jasne. Podam przykład: jednym z moich gorszych doświadczeń tego typu była nieprzyjemność korzystania z usług fryzjerki pewnego renomowanego salonu. Byłam w nim w ramach spotkania prasowego i mogłam skorzystać z usługi czesania włosów (sytuację tę już na blogu opisywałam). Fryzjerka (abstrahując od tego, że nic nie mówiła i nie potrafiła zaproponować nic od siebie, a w efekcie to, co stworzyła na mojej głowie, nadawało się do umycia po przyjściu do domu) przez całą wizytę straszliwie ciągnęła mnie za włosy, kręcąc je prostownicą. Była niewzruszona pomimo mojej obolałej miny i kilkukrotnego dawania do zrozumienia, że sprawia mi ból przez duże „b”. Jak się potem okazało, koleżanka, która była wówczas czesana na fotelu obok, trafiła jeszcze gorzej – jej druga fryzjerka tak spaliła włosy lokówką, że biedna musiała je potem obciąć, bo do niczego się już nie nadawały.

Dla równowagi podam jeszcze odwrotny przykład: w sierpniu podczas tonowania włosów trafiłam na fryzjerkę, u której przebywanie było prawdziwą przyjemnością. Nie tylko okazała się być prawdziwym fachowcem z ogromną wiedzą na temat pielęgnacji włosów, ale też zadziwiła mnie delikatnością przy czesaniu. Mycie głowy w jej wykonaniu to był prawdziwy relaksacyjny masaż!

No właśnie: mycie głowy. U fryzjera podczas tej czynności zwykle mam wrażenie, że ktoś wsadził mi głowę do miksera. I jeszcze te niewygodne w niektórych salonach myjki, po których przez długi czas boli mnie szyja!

Fryzjer popełnia podstawowe błędy i nie umie się komunikować

Znacie to uczucie, kiedy fryzjer najpierw myje Wam głowę, a dopiero potem pyta, jak chcemy obciąć włosy? Albo zaczyna farbować bez uściślenia, jaki będzie rezultat koloryzacji? Albo w końcu niby pyta o oczekiwania, ale wydaje się nie słuchać odpowiedzi? Ja coraz rzadziej trafiam już na takich pseudofachowców, ale może mam szczęście. A może to dzięki temu, że mieszkam w dużym mieście, a tutaj, chociażby za sprawą konkurencji, fryzjerzy częściej się szkolą i wielu z nich ma duże umiejętności. Takie sytuacje zdarzały się jednak w przeszłości mnie i wielu moim koleżankom.

Dobra komunikacja to też konkrety: dobry fryzjer nie powie „podetnę trochę końcówki”, lecz raczej będzie się starał uściślić i jasno wyrazić, co zamierza, np. „ma pani zniszczone włosy dotąd, proponuję ściąć 5 centymetrów”. Wtedy nie ma obawy, że klient go źle zrozumie i będzie niezadowolony, prawda?

Inne częste błędy, które obserwuję u fryzjerów, to: rozczesywanie długich włosów na mokro zaczynając tuż przy skórze, szorowanie głowy po myciu ręcznikiem, płukanie włosów gorącą wodą i suszenie parzącym wręcz nawiewem suszarki.

Fryzjer jest męczący

O co chodzi? Dla mnie męczący fryzjer na siłę stara się wciągnąć w rozmowę nawet najbardziej oporną klientkę. Będzie tak długo zadręczał ją opowieściami o swoich wakacjach, wypytywał o pracę czy wspominał o dzieciach kuzynki, aż ta albo się podda, albo ostentacyjnie zapuści żurawia w gazetę. To jest właśnie to wyczucie, które powinien mieć fryzjer, o którym już pisałam.

Inna sytuacja: fryzjer, który w kółko gada o tym samym. Naprawdę, są tacy, znam to z autopsji. Raz jedna fryzjerka, podczas farbowania moich włosów, co chwilę piszczała, jak bardzo podoba jej się kolor, który stworzyła na mojej głowie. Na początku grzecznie przytakiwałam, ale przy entym razie miałam ochotę zapytać: Ty tak na serio? Tym bardziej, że efekt jej pracy był marny, a włosy miejscami wydawały się być żółte.

Fryzjer stylizuje włosy bez pytania

Przyznaję: obecnie praktycznie każdy fryzjer, zanim chwyci po lakier, żeby wykończyć mi fryzurę, pyta, czy tego chcę. A ja nigdy nie chcę, bo po co? Mam proste włosy, nie potrzebuję ich usztywniać. Kiedyś jednak każda wizyta w salonie kończyła się tym, że wychodziłam z niego w kasku z włosów. Były tak sztywne i przylizane, że ani drgnęły na wietrze…

A Jakich fryzjerów Wy nie lubicie? Na co zwracacie uwagę podczas wizyty u fryzjera? Co Was najczęściej razi, męczy lub sprawia, że czujecie się na fotelu niekomfortowo?

Polecam:

sobota, 18 marca 2017

Recenzja: Schwarzkopf, Gliss Kur, Odżywka do włosów Serum Deep-Repair


Niedawno publikowałam na blogu recenzję maski Serum Deep-Repair z tej samej serii i odniosłam wrażenie, że wiele z Was albo już z niej kiedyś korzystało, albo planuje ją kupić – wpis na jej temat miał naprawdę dużo odwiedzin. Dziś chciałabym więc kontynuować ten wątek i opublikować moją opinię na temat odżywki Gliss Kur. Czy okazała się równie dobra i warta kupienia?

Oceny cząstkowe: dobryneutralnysłaby.

Opakowanie

Żałowałam, że nie jest przeźroczyste i że nie można go odkręcić – trudno było mi bowiem wybrać końcówkę kosmetyku. Z drugiej jednak strony jego spływanie ułatwia ustawianie odżywki na korku i dość miękkie tworzywo, z którego zrobiono opakowanie (można je lekko ścisnąć w dłoniach).

Zapach

Typowo drogeryjny – nie przeszkadza, nie zachwyca, jest raczej neutralny.


Skład

Aqua (woda), Cetearyl Alcohol (emolient), Quaternium-87 (antystatyk, ułatwia rozczesywanie, nadaje połysk i miękkość), Stearamidopropyl Dimethylamine (antystatyk, kondycjoner), Dimethicone (silikon, który można usunąć łagodnym szamponem), Citric Acid (kwas cytrynowy, reguluje pH), Distearoylethyl Hydroxethylominum Methosulfate (antystatyk, humektant), Ispropyl Myristate (wpływa na konsystencję kosmetyku), Serine (antystatyk, kondycjoner), Panthenol (pantenol), Cocodimium Hydroxypropyl Hydrolized Keratin (wpływa na właściwości aplikacyjne kosmetyku, antystatyk), Hydrolized Keratin (hydrolizowana keratyna), Glycerin (gliceryna), Propylene Glycol (humektant), Phenoxyethanol (konserwant), Sodium Methylparaben (konserwant), Parfum (zapach), Dimethiconol (silikon rozpuszczalny w wodzie), Polyquaternium-10 (antystatyk, tworzy ochronną powłokę), Linalool (składnik zapachowy), Hexyl Cinnamal (składnik zapachowy), Alpha-Isomethyl Lonone (składnik zapachowy), Benzyl Alcohol (konserwant, może wysuszać).

Skład odżywki jest wyraźnie nastawiony na to, by produkt dał dobry efekt tu i teraz: nie znajdziemy w nim zbyt dużo dodatków pielęgnacyjnych, sporo jest za to tych, które ułatwiają ujarzmienie włosów (dość delikatne silikony, antystatyki, kondycjonery). Na szczęście kosmetyk nie zawiera zbyt wielu konserwantów, a Benzyl Alcohol znajduje się na samym końcu listy. Jak na produkt działający doraźnie, jest w porządku.


Działanie

Uwielbiam kosmetyki do włosów z proteinami, więc z chęcią w ostatnich tygodniach sięgałam po tę odżywkę. Może nie była idealna, ale całkiem nieźle radziła sobie z wygładzaniem moich włosów, które były po niej błyszczące i mięsiste. Do tego produkt ułatwiał rozczesywanie i dobrze spłukiwał się pod wpływem wody. Stosowany na zmianę z bogatszą pielęgnacyjną maską dawał naprawdę niezłe efekty.

Konsystencja i wydajność

Odżywka ma przeciętną gęstość – taką, która ułatwia rozprowadzenie kosmetyku na włosach, a jednocześnie sprawia, że produkt z nich nie spływa. Opakowanie zawiera 200 ml odżywki – mi taka ilość starcza na kilka tygodni.


Cena i dostępność

Odżywka jest kosmetykiem raczej na każdą kieszeń – kosztuje około 10 zł i możemy ją dostać stacjonarnie, a także przez internet, na przykład w sklepie Amfora.

Podsumowanie

Mam wrażenie, że to tani, ale całkiem niezły kosmetyk. Daje efekt głównie doraźny (silikony), ale w mniejszym stopniu też pielęgnacyjny (proteiny, emolienty). Będzie świetny stosowany zamiennie z odżywczą maską lub też dobrym składowo olejem. Szczególnie przyda się osobom, które mają problem z elektryzującymi się, niesfornymi włosami.


Testowałyście już odżywkę Serum Deep-Repair? Jak się u Was sprawdziła?

Polecam:

niedziela, 12 marca 2017

Aktualizacja włosów – zima 2016/2017 | Fotorelacja z ostatnich miesięcy


Zanim wiosna zacznie się na dobre, wróćmy jeszcze na chwilę do niedawnych, zimowych miesięcy. W dzisiejszym podsumowaniu grudnia, stycznia i lutego opiszę Wam, co działo się na mojej głowie i na blogu w ostatnim czasie.

W grudniu używałam ampułek Radical marki Farmona, a pod koniec roku, po kilkunastu dniach przerwy, rozpoczęłam kurację wcierką z tej samej serii. Te pierwsze całkiem nieźle wzmocniły mi włosy i pomogły na ich wypadanie, a co więcej – złagodziły podrażnienia i swędzenie skóry głowy. Podobnie zadziałała stosowana później wcierka Radical, której recenzję planuję zamieścić w najbliższych dniach. Dzięki tym dwóm kosmetykom włosy znacząco przestały mi wypadać, a skóra głowy była ukojona i w zasadzie w idealnym stanie (co sprawdziłam nawet mikrokamerą w Instytucie Trychologii przed karboksyterapią – ale o tym za chwilę). Jeśli chodzi zaś o to, co się bardziej opłaca kupić, to cenowo lepiej wypada wcierka Radical, ponieważ stosuje się ją nie codziennie, ale zawsze po myciu (u mnie było to więc około trzy razy w tygodniu), a kosztuje średnio mniej więcej 13 zł (cena waha się w zależności od sklepu). Ampułki zaś są kuracją bardziej intensywną – używa się ich codziennie, przez co starczają na miesiąc, a kosztują około 35 zł. Oba warto według mnie przetestować.

Zimą zmieniłam też jeden istotny element w swojej pielęgnacji włosów: ograniczyłam stosowanie delikatnych szamponów na rzecz tych z mocniejszymi detergentami. Zauważyłam, że jak na razie taka pielęgnacja mi służy – przy zastosowaniu metody kubeczkowej podczas mycia głowy i nie pocierania końcówek włosy są długo świeże, a skóra głowy nie swędzi ani nie pojawiają się na niej żadne podrażnienia. O tym, dlaczego zrezygnowałam na razie z dziecięcych, delikatnych szamponów pisałam więcej w poniższym wpisie:

Post udostępniony przez Fair hair care (@mfair_hair_care)

Zimą znacząco skróciłam swoje włosy, obcinając ponad 10 cm końcówek. Myślę, że każda dziewczyna z długimi włosami wie, jak wspaniałe jest to uczucie, gdy włosy znów stają się lekkie i puszyste, a końcówki – ostre i równe! Ja uwielbiam ten moment i za kilka tygodni pewnie znów zdecyduję się na podobne „ciachnięcie”.

Po podcięciu

W lutym rozpoczęłam też serię zabiegów karboksyterapii skóry głowy, czyli nakłuwania skóry maleńką igiełką i wpuszczania pod nią dwutlenku węgla w celu poszerzenia, udrożnienia i powstania nowych naczyń krwionośnych w tym miejscu. Ma to wzmocnić włosy i zapobiegać ich wypadaniu.  Jestem już po dwóch zabiegach, czeka mnie jeszcze prawdopodobnie jeden lub dwa.

Zima była też ważnym okresem dla mojego bloga – 7 lutego osiągnął on 2 miliony wyświetleń, czyli liczbę, która jeszcze do niedawna była dla mnie niewyobrażalna. Od dłuższego czasu zagląda tu grubo ponad 100,000 osób miesięcznie, co bardzo mnie cieszy i motywuje do dalszego rozwijania strony! Dziękuję wszystkim, którzy wpływają na ten sukces swoimi odwiedzinami w tym miejscu :)

Moje włosy obecnie

Jak każdy mam swoje lepsze i gorsze dni, czyli good hair days i bad hair days. W ostatnich miesiącach nie mam jednak na co specjalnie narzekać: skóra głowy jest ukojona, włosy nie wypadają na tyle, abym mogła się martwić, a odstające jeszcze niedawno baby hair urosły już na tyle, że tworzą dodatkową warstwę włosów – gdy odpowiednio je zaczeszę, mam grzywkę sięgającą do nosa! Wreszcie też nie unoszą się nad fryzurą i nie muszę kombinować, jak tu je "przyklepać", żeby nie wyglądać jak po uderzeniu pioruna. 

Odciśnięte od gumki i bez czesania - sama natura ;)

Jakich kosmetyków używałam zimą?

Kosmetyki, których używałam w tym czasie, możecie zobaczyć na poniższych zdjęciach. Niektóre z nich już recenzowałam, poniżej znajdziecie odpowiednie odnośniki:

Grudzień
Styczeń
Luty

Najlepsze wpisy zimy

Czasem jest tak, że pewne rzeczy nam umkną mimo śledzenia aktualizacji na danej stronie – poniżej znajdziecie więc linki do wpisów, które były najchętniej czytane w ciągu ostatnich trzech miesięcy:

Zimowe migawki z Instagrama




Post udostępniony przez Fair hair care (@mfair_hair_care)



Post udostępniony przez Fair hair care (@mfair_hair_care)

Post udostępniony przez Fair hair care (@mfair_hair_care)

Post udostępniony przez Fair hair care (@mfair_hair_care)

Post udostępniony przez Fair hair care (@mfair_hair_care)

Post udostępniony przez Fair hair care (@mfair_hair_care)

Post udostępniony przez Fair hair care (@mfair_hair_care)






Post udostępniony przez Fair hair care (@mfair_hair_care)

Post udostępniony przez Fair hair care (@mfair_hair_care)

Post udostępniony przez Fair hair care (@mfair_hair_care)

Post udostępniony przez Fair hair care (@mfair_hair_care)

Post udostępniony przez Fair hair care (@mfair_hair_care)


Zapraszam też tutaj: Facebook | Instagram (na Facebooku zamieszczam najczęściej różne nowinki ze świata fryzjerskiego, ciekawostki i informacje, które przydają się w pielęgnacji włosów, na Instagramie zaś, poza odrobiną prywaty, znajdziecie aktualnie testowane przeze mnie kosmetyki i nowości, które pojawiły się na rynku). 

Pozostałe aktualizacje znajdują się TUTAJ.

Polecam:

Popularne w tym miesiącu: