poniedziałek, 27 lutego 2017

Pytania do eksperta: czy składniki kosmetyków mogą być szkodliwe dla zdrowia? Sprawdzamy te najbardziej niepewne pod kątem bezpieczeństwa!


Na wielu stronach internetowych i blogach często czytamy, że ten czy inny składnik jest niebezpieczny lub wręcz szkodliwy dla zdrowia, a na pewne kosmetyki powinniśmy szczególnie uważać. Ktoś przecież jednak dopuszcza je do użytku, a prawo zezwala na ich produkowanie. Jak to więc możliwe i czy faktycznie powinniśmy się bać niektórych składników kosmetycznych? Czy parafina, lanolina, oleje mineralne, oleje silikonowe, SLS i SLES, PEG-i, chemiczne filtry UV, syntetyczne barwniki i dodawane do wielu produktów zapachy mogą nam zaszkodzić? Czy używanie kilku kosmetyków na raz może być szkodliwe dla zdrowia? I wreszcie: gdzie konsument, zaniepokojony bezpieczeństwem jakiegoś składnika kosmetycznego, może się zgłosić po poradę?

Na moje pytania odpowiedziała chyba najbardziej kompetentna ku temu osoba: mgr Kamila Pawłowska – absolwentka Uniwersytetu Łódzkiego, wieloletni pracownik Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowego Zakładu Higieny w Warszawie, która od 20 lat związana z branżą kosmetyczną, a obecnie swoje doświadczenia w tej dziedzinie wykorzystuje w TÜV Rheinland Polska – czołowej jednostce certyfikującej, gdzie zajmuje się oceną bezpieczeństwa kosmetyków. Jako Safety Assessor, reprezentujący TÜV Rheinland, współpracuje z firmami kosmetycznymi, przygotowując raporty bezpieczeństwa produktów kosmetycznych. 

Często słyszymy, że w kosmetykach pełno jest składników groźnych dla zdrowia. Jednocześnie wiemy też, że każdy produkt, zanim pojawi się na rynku, musi być dopuszczony do sprzedaży. Kto o tym decyduje i dlaczego zatem jesteśmy narażani na niebezpieczeństwo?

Mgr Kamila Pawłowska: Kwestia jakości i bezpieczeństwa produktów kosmetycznych jest uregulowana rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (WE) Nr 1223/2009 z dnia 30 listopada 2009 r. dotyczącego produktów kosmetycznych. Zgodnie z art. 3 niniejszego rozporządzenia każdy udostępniany na rynku kosmetyk powinien być bezpieczny dla zdrowia ludzi w normalnych lub dających się przewidzieć warunkach stosowania, zaś do obrotu wprowadzane są tylko produkty kosmetyczne, dla których jest wyznaczona „osoba odpowiedzialna”, będąca osobą prawną lub fizyczną (na terenie Wspólnoty jest to producent kosmetyku). Osoba ta zapewnia przestrzeganie postanowień przepisów prawnych, a zatem spełnienie odpowiednich obowiązków określonych w rozporządzeniu przez każdy wprowadzany do obrotu handlowego produkt kosmetyczny. Dotyczy to m.in. składu chemicznego, dokumentacji kosmetyku, oznakowania. Biorąc pod uwagę powyższe, kosmetyk spełniający wymagania rozporządzenia kosmetycznego nie powinien narazić konsumenta na niebezpieczeństwo.

W wyjątkowych natomiast przypadkach produkty kosmetyczne mogą powodować działania niepożądane. Większość z nich stanowią podrażnienia; reakcje alergiczne występują niezwykle rzadko. Niestety, nie da się ich całkowicie wyeliminować – są to reakcje osobnicze, związane z nadwrażliwością (powtarzalną nieprawidłową reakcją ustroju na określony bodziec obecny w dawkach dobrze tolerowanych przez osoby zdrowe) i zależą m.in. od stanu naszej skóry, trybu życia (stres, dieta) czy stanu zdrowia (często dotyczą osób z obniżoną odpornością).

Jakie testy muszą przejść kosmetyki sprzedawane na Polskim rynku? Czy może Pani opisać te procedury krok po kroku?

Zgodnie z art. 11 rozporządzenia (WE) nr 1223/2009 dokumentacja dla każdego produktu kosmetycznego musi zawierać następujące elementy: klarowny opis produktu kosmetycznego, opis metody produkcji i oświadczenie o zgodności z dobrą praktyką produkcji, ocenę bezpieczeństwa, dowód deklarowanego działania produktu oraz dane dotyczące badań na zwierzętach.

Najważniejszym dokumentem, z punktu widzenia bezpieczeństwa dla konsumenta, jest raport bezpieczeństwa produktu kosmetycznego, o którym mowa w art. 10 ww. rozporządzenia. Szczegółowe wymagania dotyczące procedury oceny bezpieczeństwa kosmetyku i informacji niezbędnych do jej wykonania zawarte są w załączniku I do rozporządzenia kosmetycznego oraz w decyzji Komisji 2013/674/UE.  Raport obejmuje m.in.: sprawdzenie składników receptury w kontekście zgodności z rozporządzeniem kosmetycznym, szczegółową analizę danych toksykologicznych dla poszczególnych surowców, potencjalnych zanieczyszczeń, materiałów opakowaniowych, ocenę narażenia na produkt kosmetyczny, ocenę wyników badań gotowego produktu (mikrobiologicznych, obciążeniowych, stabilności/kompatybilności z opakowaniem, fizyko-chemicznych, dermatologicznych, aplikacyjnych), analizę przypadków działań niepożądanych. Ostatni etap oceny bezpieczeństwa kosmetyku to przygotowanie raportu z oceny, czyli rozumowania naukowego, prowadzącego do oświadczenia, że kosmetyk jest bezpieczny w myśl art. 3 rozporządzenia 1223/2009.

Oceny bezpieczeństwa produktu kosmetycznego dokonuje wykwalifikowana osoba (tzw. safety assessor), posiadająca dyplom lub inny dowód formalnych kwalifikacji, przyznany w wyniku ukończenia teoretycznych i praktycznych studiów uniwersyteckich w dziedzinie farmacji, toksykologii, medycyny lub innej zbliżonej dyscypliny. Ponieważ raport jest dokumentem eksperckim, złożonym z kilku modułów, safety assessor powinien posiadać obszerną wiedzę z różnych dziedzin, na bieżąco śledzić ustawodawstwo, dotyczące nie tylko kosmetyków, ale i substancji chemicznych i ich mieszanin, prawa dotyczącego bezpieczeństwa żywności itp. oraz posiadać doświadczenie w tej niezmiernie trudnej dziedzinie, aby wszystkie kosmetyki, które trafiają na rynek, były bezpieczne.


Które składniki kosmetyków – według Pani – są najgroźniejsze i dlaczego? Czy często możemy je znaleźć w produktach do włosów? Jakie są ich nazwy INCI?

Kosmetyki wprowadzane do obrotu zgodnie z literą prawa nie zawierają „groźnych” dla konsumenta składników. Substancje, których bezpieczeństwo budzi wątpliwości, poddawane są przeglądowi i ocenie toksykologicznej przez Komitet Naukowy ds. Bezpieczeństwa Konsumentów (SCCS), który jest organem doradczym Komisji Europejskiej i składa się z niezależnych ekspertów, naukowców w dziedzinie oceny ryzyka. Wynikiem tych ocen może być zakaz lub ograniczenie stosowania danej substancji w kosmetykach.

Wiele osób boi się parabenów. Tymczasem moja wiedza jest taka, że są to najlepiej przebadane konserwanty spośród wszystkich, które możemy znaleźć w kosmetykach. Czy zatem powinniśmy się ich obawiać?

To prawda, że parabeny to jedne z najlepiej przebadanych konserwantów, o długoletniej historii stosowania w produktach kosmetycznych, bardzo skuteczne pod względem ochrony przeciwdrobnoustrojowej. SCCS wielokrotnie przeprowadzał wnikliwą analizę bezpieczeństwa parabenów, a wyniki tych badań opublikowane są na stronie internetowej Komitetu. Wątpliwości mediów w zakresie bezpieczeństwa parabenów budziło ich działanie proestrogenne – „zaburzające gospodarkę hormonalną”. Jakie są fakty? Działanie proestrogenne parabenów jest do 1,000,000 razy słabsze niż działanie 17β-estradiolu – estrogenu obecnego w organizmie człowieka (opinia SCCS/1348/10). Uwzględniając niską absorpcję przeznaskórkową i szybki metabolizm po przeniknięciu do krwioobiegu nie jest możliwy wpływ tych związków na gospodarkę hormonalną człowieka. Związki te są dozwolone do stosowania w produktach kosmetycznych jako konserwanty – uregulowane ostatecznie rozporządzeniem Komisji (UE) nr 1004/2014 z dnia 18 września 2014 r. Stosowanie w kosmetykach izopropyloparabenu, izobutyloparabenu, fenyloparabenu, benzyloparabenu i pentyloparabenu, dla których SCCS nie mógł dokonać oceny ryzyka dla zdrowia ludzkiego, zostało zabronione na podstawie rozporządzenia Komisji (UE) nr 358/2014.

Przeczytaj też mój wpis: Czy parabeny szkodzą? | Konserwanty w kosmetykach do włosów (i nie tylko)

Czy mogłaby nam Pani wyjaśnić, czy te składniki są szkodliwe dla zdrowia, jak je odszyfrować w składzie produktu i czy powinniśmy ich unikać: parafina, lanolina, oleje mineralne, oleje silikonowe, SLS i SLES, PEG-i, chemiczne filtry UV, syntetyczne barwniki i zapachy?

Jak wspominałam, w kosmetykach, które spełniają wymagania rozporządzenia kosmetycznego, nie może być składników szkodliwych dla zdrowia. Te, które wywierają niekorzystny wpływ na zdrowie człowieka, są umieszczane w załączniku II do rozporządzenia 1223/2009, który stanowi wykaz substancji zakazanych w produktach kosmetycznych. W rozporządzeniach kosmetycznych znajdziemy również wykaz substancji dozwolonych do stosowania w kosmetykach z pewnymi ograniczeniami (m.in. jest określone maksymalne dozwolone stężenie danego związku, kategoria kosmetyku, w którym może być użyty), wykaz środków konserwujących, promieniochronnych i barwników, dozwolonych do stosowania w kosmetykach.

Jeśli chodzi o surowce, o które Pani pyta – narosło wokół nich wiele mitów. Należy tu poruszyć kilka ważnych kwestii.

Przede wszystkim – nie wszystkie substancje nadają się dla każdego typu skóry (np. dla osób ze skórą mieszaną czy tłustą). Parafiny, oleje mineralne (np. Paraffinum Liquidum, Paraffin, Petrolatum, Cera Microcristallina, Microcrystalline Wax) to pochodne określonej frakcji ropy naftowej, bardzo dokładnie oczyszczone. Działają wyłącznie powierzchniowo, nie wnikają do żywych warstw skóry, są wysoce stabilne, stąd nie wywołują niekorzystnych reakcji skórnych. Z uwagi na właściwości natłuszczające są  stosowane nie tylko w kosmetyce, ale również w farmacji (np. jako podłoża maści).

Lanolina (Lanolin, Lanolin Alcohol, Acetylated Lanolin, substancje z grupy PEGs Lanolin, Laneths) to wydzielina gruczołów łojowych owiec, substancja kondycjonująca, emolient. W przypadku surowców pochodzenia zwierzęcego amerykański Panel Ekspertów The Cosmetic Ingredient Review (CIR) zwraca uwagę na pozostałości zanieczyszczeń, obecnych w spożywanym przez zwierzęta pokarmie roślinnym (np. metale ciężkie, pestycydy), jak również możliwą obecność patogenów i czynników infekcyjnych. W testach klinicznych nie obserwowano działania drażniącego na skórę nierozcieńczonej lanoliny. Nie odnotowano również szkodliwych efektów na lanolinę i jej pochodne u osób narażonych zawodowo w ciągu ponad 50 lat obserwacji. Naukowcy sugerują, że przyczyną rzadkich przypadków uczuleń na Lanolin Alcohols (9,7 przypadków na milion osób) mogą być produkty autoutleniania Lanolin Alcohols.

Oleje silikonowe, silikony stanowią dużą grupę związków (w kosmetykach najczęściej występują: Cyclopentasiloxane, Dimethicone, substancje z grupy Alkyl Dimethicone). Jak większość polimerów są to substancje o wysokiej masie cząsteczkowej – nie przenikają więc przez skórę, zaś ich bezpieczeństwo po narażeniu przezskórnym zostało potwierdzone. SCCS zwrócił jedynie uwagę na możliwe narażenie inhalacyjne na Cyclopentasiloxane; w opinii SCCS/1549/15 podkreślił, że substancja jest bezpieczna w produktach kosmetycznych, z wyjątkiem aerozolowych produktów do stylizacji włosów i produktów do opalania w sprayu (skutek oszacowania przez Komitet skumulowanej ekspozycji). Substancja nie jest jednakże przedmiotem regulacji prawnych, natomiast możliwe zanieczyszczenie cyklotetrasiloksanem (klasyfikowanym jako CMR) musi być jak najniższe. Dimetylopolisiloksan jest ponadto substancją dodatkową w żywności (E 900).

SLS i SLES (Sodium Lauryl Sulfate, Sodium Laureth Sulfate) to substancje myjące, które w stężeniach powszechnie stosowanych w produktach kosmetycznych i stosowane wraz z innymi składnikami w formulacjach nie wywołują działania drażniącego. Praktycznie są stosowane wyłącznie produktach spłukiwanych, które mają krótki kontakt ze skórą.

Obecność filtrów promieniochronnych jest uregulowana załącznikiem VI rozporządzenia kosmetycznego, natomiast sama nazwa „filtr chemiczny” wiąże się z mechanizmem działania substancji (pochłanianie promieniowania UV, w przeciwieństwie do filtrów fizycznych, które odbijają i rozpraszają promieniowanie), nie zaś z niebezpieczeństwem dla zdrowia. Rozporządzenie kosmetyczne obejmuje również wykaz barwników, dozwolonych do stosowania w kosmetykach, wyszczególnionych na etykiecie jako pięciocyfrowe numery wg Colour Index (np. CI 77007).

PEG to skrót od glikolu polietylenowego. PEGs stanowią grupę syntetycznych polimerów tlenku etylenu. Ich profil toksykologiczny jest dobrze poznany, a bezpieczeństwo dla konsumenta potwierdzone (np. przez Panel Ekspertów CIR). Nie wykazują działania genotoksycznego, rakotwórczego, szkodliwego na rozrodczość. W stężeniach stosowanych zwykle w kosmetykach nie wywołują działania drażniącego czy uczulającego na skórę, przy niewielkim potencjale drażniącym na oczy. Warto zwrócić uwagę, że substancje z grupy polietylenoglikoli są powszechnie stosowane w przemyśle farmaceutycznym jako podłoże maści i nośniki leków, zaś w sektorze spożywczym stanowią grupę dodatków do żywności (E 1521).

Kompozycje zapachowe lub aromatyczne, określane na etykiecie jako Parfum lub Aroma, to mieszanina kilkudziesięciu substancji pochodzenia naturalnego i/lub syntetycznego. Bezpieczeństwem stosowania kompozycji  zapachowych  zajmuje się  IFRA  (International  Fragrance  Association). Stowarzyszenie to  wydaje standardy, określające maksymalne, bezpieczne stężenie poszczególnych składników  w  różnych  rodzajach  produktów  kosmetycznych, na podstawie oceny bezpieczeństwa tych składników przez ekspertów Research Institute of Fragrance Materials (RIFM), jak również informacji pochodzących od dostawców i dostępnej literatury naukowej. Jednocześnie w załączniku III rozporządzenia kosmetycznego znajduje się wykaz potencjalnych 26 alergenów, które mogą być zawarte w kompozycjach i których obecność musi być wykazana w składzie kosmetyku, jeśli  stężenie takiej substancji przekracza 0,01% w produktach spłukiwanych i 0,001% w produktach pozostających na skórze. Generalnie wykaz składników na opakowaniu jest istotną informacją dla konsumenta, który powinien unikać pewnych substancji, z uwagi np. na alergie.

W kontekście wyżej omawianych surowców bardzo istotną kwestią jest ich czystość – bardzo często niekorzystne reakcje skórne wywołuje nie surowiec jako taki, ale jego zanieczyszczenia. Są to najczęściej substancje uwzględnione w zał. II do rozporządzenia 1223/2009 i/lub też klasyfikowane zgodnie z ustawodawstwem, dotyczącym substancji chemicznych i ich mieszanin jako CMR (czyli rakotwórcze, mutagenne, działające szkodliwie na rozrodczość). Obecność zanieczyszczeń może wiązać się z procesem produkcji, przechowywania, migracji z opakowania; zgodnie z art. 17 rozporządzenia 1223/2009 dopuszczalna jest niezamierzona obecność małej ilości substancji niedozwolonej, która przy zastosowaniu zasad dobrej praktyki produkcji jest ze względów technologicznych nie do uniknięcia, pod warunkiem, że obecność ta jest zgodna z art. 3 rozporządzenia kosmetycznego. I tu pojawia się znów ważne zadanie dla safety assessora, który w raporcie bezpieczeństwa analizuje, czy obecne w określonym stężeniu  zanieczyszczenia nie stanowią zagrożenia dla zdrowia. Dlatego też tak ważny jest dobór substancji o wysokiej czystości, aby zapewnić najwyższy poziom bezpieczeństwa konsumenta.

Więcej informacji na temat bezpieczeństwa składników kosmetyków znajdą Państwo m.in. w opiniach SCCS i raportach Panelu Ekspertów CIR.


Gdy piszę recenzje na blog, zawsze sprawdzam składy ocenianych przez siebie kosmetyków. Zdarza mi się, że napotykam składniki, których bezpieczeństwo jest dla mnie trudne do sprawdzenia, ponieważ znajduje na ich temat różne opinie. Są to na przykład: Disodium EDTA, Cocamidopropyl Betaine, Behentrimonium Chloride, Cocamide DEA, DMDM Hydantoin. Czy mogłaby nam Pani wyjaśnić, czy są one szkodliwe?

Jak już podkreślałam, żaden ze składników, dozwolonych do stosowania w kosmetykach, nie może być szkodliwy. Aby wypowiedzieć się na temat bezpieczeństwa danego składnika, należy przestudiować literaturę naukową, zwłaszcza dossier toksykologiczne, opinie komitetów naukowych, aby nie negować składników, których bezpieczeństwo nie budzi wątpliwości i nie wprowadzać w błąd konsumenta, strasząc „toksycznymi kosmetykami”. Nazwę chemiczną, funkcję, status prawny, istniejące opinie SCCS dla danego składnika możemy sprawdzić w bazie CosIng: http://ec.europa.eu/growth/tools-databases/cosing/

Część składników, o które Pani pyta, jest regulowanych rozporządzeniem kosmetycznym (Behentrimonium Chloride (zał. III i V), Cocamide DEA (zał. III), DMDM Hydantoin (zał. V), dla których podano maksymalne dozwolone stężenia i/lub określone warunki stosowania, kryteria czystości. Diwodoroetylenodiaminotetraoctan disodu (Disodium EDTA) jest substancją kompleksującą jony metali/regulującą lepkość; Cocamidopropyl Betaine to środek powierzchniowo czynny/substancja oczyszczająca/zwiększająca pienienie, stosowana głównie w kosmetykach myjących, spłukiwanych ze skóry.

Substancje dodawane do kosmetyków występują w określonych stężeniach. Czy to prawda, że jeśli używamy zbyt dużo produktów naraz – do mycia głowy, ciała, kosmetyków kolorowych czy higienicznych – ich ilość może się kumulować i zagrażać naszemu zdrowiu?

Rzeczywiście, w specyficznych przypadkach safety assessor może w ocenie bezpieczeństwa kosmetyku oszacować łączną ekspozycję na dany składnik, zakładając, że jest on być obecny we wszystkich produktach aplikowanych codziennie. Decyzję safety assessor podejmuje na zasadzie case-by-case, czyli analizie indywidualnego przypadku. Proszę zwrócić uwagę, że większość substancji dozwolonych w kosmetykach w ograniczonych stężeniach zostało właśnie w ten sposób ocenione przez Naukowy Komitet ds. Bezpieczeństwa Konsumentów.

Drugim aspektem zagadnienia jest to, że w różnych kategoriach produktów kosmetycznych zazwyczaj stosowana jest różna baza surowcowa, więc ryzyko kumulacji składników, np. z produktów do makijażu versus myjących, jest mało prawdopodobne. Poza tym, proszę pamiętać, że zdrowa, nieuszkodzona skóra jest narządem, który w większości przypadków dobrze chroni nas przed ksenobiotykami, zaś w ocenie bezpieczeństwa, w uzasadnionych sytuacjach, należy rozważyć również inne drogi narażenia: inhalacyjną (np. dla produktów aerozolowych), czy też pokarmową (np. produkty do warg). Zagadnienie skumulowanej ekspozycji na różnego rodzaju substancje jest dużo bardziej złożone niż mogłoby się wydawać, np. biorąc pod uwagę codzienne stosowanie innych, oprócz kosmetyków, produktów – chemii gospodarczej, leków, nie zapominając o środkach spożywczych.    

Czy jest jakaś instytucja, do której konsument, zaniepokojony bezpieczeństwem jakiegoś składnika kosmetycznego, może się zgłosić po poradę?

W zakresie produktów kosmetycznych nadzór rynku sprawują organy Państwowej Inspekcji Sanitarnej (kontrola przestrzegania przepisów określających wymagania higieniczne i zdrowotne, w szczególności dotyczących warunków zdrowotnych produkcji i obrotu kosmetykami) oraz – w zakresie znakowania, zafałszowań i prawidłowości obrotu – organy Inspekcji Handlowej. Organy nadzoru przeprowadzają okresowe kontrole produktów kosmetycznych i podmiotów gospodarczych, sprawdzając m.in. dokumentację produktu i, w odpowiednich przypadkach, kontrole fizyczne i badania laboratoryjne reprezentatywnych próbek. Konsument może mieć wówczas pewność, że na rynku udostępniane są tylko produkty bezpieczne; jeśli na rynku znajdzie się kosmetyk, który nie spełnia wymagań prawnych, organy kontroli decydują, w jaki sposób nie dopuścić do dalszej dystrybucji takiego produktu (np. poprzez zakaz handlu/wycofanie niezgodnych z wymaganiami partii z rynku). Produkt jest również zgłaszany do wspólnotowego systemu, informującego o produktach niebezpiecznych – RAPEX (The Rapid Alert System for non-food dangerous products). Powtórzę, że niejednokrotnie nie da się uniknąć wystąpienia niepożądanych reakcji osobniczych na kosmetyk w przypadku osób predestynowanych, co wcale nie oznacza, że taki produkt jest niebezpieczny.

Osoby zainteresowane tematyką oceny bezpieczeństwa kosmetyków odsyłam do literatury fachowej.

Piśmiennictwo

  1. Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (WE) nr 1223/2009  z dnia 30 listopada 2009 r. dotyczące produktów kosmetycznych. Dziennik Urzędowy UE L 342/59, 22.12.2009
  2. Decyzja Wykonawcza Komisji z dnia 25 listopada 2013 r. w sprawie wytycznych dotyczących załącznika I do rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (WE) nr 1223/2009 dotyczącego produktów kosmetycznych (2013/674/UE), Dziennik Urzędowy UE L 315/82, 26.11.2013
  3. The SCCS Notes of Guidance for the Testing of Cosmetic Ingredients and their Safety Evaluation, 9th Rev. (SCCS/1564/15), revised version of 25 April 2016
  4. SCCS – Opinions: http://ec.europa.eu/health/scientific_committees/consumer_safety/opinions_en
  5. Reports of the Cosmetic Ingredient Review Expert Panel  http://www.cir-safety.org/ingredients
  6. Kamila Pawłowska: Ocena bezpieczeństwa kosmetyków w świetle Decyzji Wykonawczej Komisji 2013/674/UE, Świat Przemysłu Kosmetycznego, nr 4/2015
  7. Przewodnik po terminologii. Toksykologia. Bezpieczeństwo żywności. Zdrowie publiczne. Ocena ryzyka. Redakcja: Jan K. Ludwicki. NIZP-PZH, Warszawa, 2013
  8. Obwieszczenie Marszałka Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 26 sierpnia 2015 r. w sprawie ogłoszenia jednolitego tekstu ustawy o Państwowej Inspekcji Sanitarnej, Dz.U. 2015, poz. 1412
  9. Materiały szkoleniowe Polskiego Stowarzyszenia Przemysłu Kosmetycznego i Detergentowego, Polskiego Związku Przemysłu Kosmetycznego z 2015-2016 roku.

Czy wywiad rozwiał Wasze wątpliwości w temacie bezpieczeństwa kosmetyków? Czy jakiś jego element szczególnie Was zainteresował? 

Polecam też inne wpisy z tej serii:

niedziela, 26 lutego 2017

Recenzja: Swati Ayurveda, Ziołowy szampon do włosów z miodem i olejkiem migdałowym


Miesiąc temu zamieściłam recenzję olejku Swati Ayurveda, który okazał się być strzałem w dziesiątkę. Dziś chciałabym napisać Wam o szamponie tej samej indyjskiej marki, który zachwycił mnie świetnym składem i naprawdę dobrym działaniem.

Oceny cząstkowe: dobryneutralnysłaby.

Opakowanie

Idealne! Nieduże, ale przeźroczyste, z odkręcanym korkiem i ładną naklejką, która nie zdzierała się nawet wtedy, gdy opakowanie się zamoczyło. Po skończeniu szamponu używam go teraz do mycia głowy metodą kubeczkową!

Zapach

Słodko-migdałowy z wyraźną miodową nutą. Bardzo miły dla nosa i dość charakterystyczny – na pewno nie przypomina typowo drogeryjnych szamponów.


Skład

Aqua (woda), Decyl Glucoside/Lauryl Glucoside (delikatne detergenty), Sodium Lauryl Sarcosinate (detergent), CAPB (związek powierzchniowo czynny), Sodium Cocoyl Glycinate (związek powierzchniowo czynny), Honey (miód), Aloe Vera (Aloe Barbadensis) (aloes), Polyquat-10 (antystatyk), Peg-7 Glyceryl Cocoate (stabilizator piany), Peg 120 Methyl Glucose Dioleate (zagęszczacz), Almond Oil (Prunus Amygdalus) (olej migdałowy), Shikakai (Acacia Concinna) (ekstrakt z orzechów Shikaki), Neem (Azadirachka Indica) (ekstrakt z owoców miodli indyjskiej), Jatamansi (Nardostachys Jatamansi) (olejek z Nardu), Amla (Emblica Officinalis) (ekstrakt z indyjskiego agrestu), Tulsi (Ocimum Tenuiflorum) (odmiana bazylii), Acrylate Copolymer (antystatyk, nadaje połysk), Tocopheryl Acetate (Vitamin E) (witamina E), Phenoxy Ethanol (konserwant), Nundecyleoyl Glycine (?), N-Capryloyl (składnik przeciwłupieżowy, grzybobójczy, łagodzi świąd skóry), Glycine (aminokwas będący jedną z części składowych kolagenu, wspomaga odbudowę keratyny – budulca włosa), Triethanolamine (reguluje pH), Natural Colour, Fragrance (zapach).

Bogaty i bardzo dobry – tak można krótko podsumować ten skład. Pośród licznych ekstraktów i olejów na pierwszy plan wysuwają się te charakterystyczne dla kosmetyków indyjskich:
  • Shikakai (Acacia Concinna), czyli ekstrakt z orzechów Shikaki – hinduski używają go jako środka myjącego; działa przeciwłupieżowo, nadaje połysk, wzmacnia cebulki i pobudza włosy do wzrostu;
  • Neem (Azadirachka Indica), czyli ekstrakt z owoców miodli indyjskiej – działa przeciwłupieżowo, antyseptycznie i tonizująco, zapobiega wypadaniu włosów i siwieniu;
  • Jatamansi (Nardostachys Jatamansi), czyli olejek z Nardu – działa przeciwgrzybiczo i wspomaga porost włosów;
  • Amla (Emblica Officinalis), czyli ekstrakt z indyjskiego agrestu – odżywia i wzmacnia włosy, chroni przed wypadaniem, nadaje blask, przyspiesza porost, działa przeciwłupieżowo;
  • Tulsi (Ocimum Tenuiflorum), czyli odmiana bazylii – wykazuje właściwości antyseptyczne i przeciwbakteryjne.

Oczywiście można dyskutować o tym, czy taka ilość dodatków, w tym olejów, jest potrzebna w szamponie, nie można jednak nie docenić tego, jak wiele pozytywnych składników się w nim znajduje. Tym bardziej, że produkt działa naprawdę dobrze, ale o tym za chwilę.


Działanie

Używałam go regularnie i bardzo dobrze się sprawdzał: pomimo tego, że nie bazuje głównie na silnych detergentach, świetnie domywał włosy – także po olejowaniu – a nadmiar dodatków w nim zawartych nie powodował szybszego przetłuszczania się skóry głowy. Włosy były po nim świeże, czyste i pachnące, a do tego nie przesuszone.

Konsystencja i wydajność

Jedynym minusem tego szamponu było to, że słabo się pienił, a przez to (szczególnie, że w opakowaniu jest go tylko 100 ml) nie był tak wydajny, jak bym tego chciała. Zazwyczaj musiałam go jeszcze dokładać w trakcie mycia, ponieważ trudno mi było pokryć nim cały obszar skóry głowy.

Cena i dostępność

Szampon Swati Ayurveda dostaniemy przez internet, na przykład w sklepie Bombay Bazaar. Kosztuje 21 zł za 100 ml – jak za tę pojemność uważam, że cena jest dość wysoka, ale szampon jest na tyle dobry, że moim zdaniem warto tyle za niego zapłacić.

Podsumowanie

Kosmetyki Swati Ayurveda wprowadziły mnie w świat kosmetyków indyjskich i muszę przyznać, że z miłą chęcią w przyszłości sięgnę jeszcze po produkty z tego rejonu świata. Szampon okazał się być równie dobry jak olejek – łączy je piękny (chociaż inny) zapach, bardzo dobry skład i działanie. A to chyba podstawa do tego, by nazwać kosmetyk godnym polecenia.

Znacie markę Swati Ayurveda? Co o niej sądzicie? Jakie inne indyjskie kosmetyki możecie mi polecić?


Polecam też:

czwartek, 23 lutego 2017

Karboksyterapia skóry głowy – moje wrażenia z zabiegu (fotorelacja) | Jak karboksyterapia pomaga na wypadanie włosów?


W minioną sobotę skorzystałam z zabiegu w Instytucie Trychologii, który miałam przetestować już kilka miesięcy temu, ale musiałam go przesunąć z powodu ówczesnych podrażnień skóry głowy. Mowa o karboksyterapii, którą stosuje się głównie w celu zwalczenia problemów z wypadaniem włosów, przy łysieniu i łuszczycy. Mnie dotyczy tylko pierwszy z wymienionych – na szczęście w stopniu umiarkowanym, ale uznałam, że nie zaszkodzi spróbować. Tym bardziej, że moje włosy  okresowo przynajmniej dwa razy do roku mocniej wypadają i wymagają wzmocnienia.

W tym wpisie opowiem Wam o swoich wrażeniach z zabiegu, o tym, ile kosztuje, jak się do niego przygotować i o czym pamiętać, gdy już wyjdziemy z gabinetu trychologa.

Czym jest karboksyterapia?

Karboksyterapia polega na nakłuwaniu skóry i wstrzykiwaniu pod nią dwutlenku węgla pod specjalnym kątem, który jest dobierany w zależności od celu, jaki chcemy osiągnąć (inny jest na przykład w przypadku hamowania wypadania włosów, a inny – redukowania zmian łuszczycowych). Gaz podczas zabiegu wstrzykuje się za pomocą specjalnej aparatury wyposażonej w filtry, które go oczyszczają, oraz wenflony, które obniżają ciśnienie gazu w miejscu wyjścia z igły (dzięki czemu zabieg jest mniej odczuwalny).


Karboksyterapia powoduje przyspieszenie krążenia krwi – naczynia krwionośne poszerzają się i udrożniają, a także powstają nowe. Zabieg powoduje dotlenienie obszaru, na którym został przeprowadzony, a także zwiększenie wchłaniania się czynników aktywujących podziały komórkowe, które to zapewniają wzrost włosów. Na dłuższą metę, dzięki seriom karboksyterapii, dochodzi do znacznego zahamowania wypadania włosów. Zabieg stosuje się głównie w przypadku leczenia łysienia, wypadania włosów oraz łuszczycy.
  • Cena za jeden zabieg karboksyterapii: 200 zł (najlepiej jest wykonać serię zabiegów).
  • Czas trwania: około 20 minut (plus konsultacja, w tym zbadanie skóry głowy mikrokamerą).

Przeciwwskazania do karboksyterapii

Karboksyterapia jest zabiegiem bezpiecznym, ponieważ nasz organizm sam produkuje CO2, a dostarczony do organizmu w ten sposób jego nadmiar jest wydalany przez płuca i nerki. Jak przy każdym zabiegu jednak istnieją pewne przeciwwskazania do jego wykonywania, wśród których wymienia się:
  • nowotwory,
  • ciążę,
  • laktację,
  • niewyrównane ciśnienie tętnicze,
  • niewydolność płuc, serca i nerek,
  • stany zapalne.

Więcej przeciwwskazań znajdziecie na poniższej ulotce informacyjnej.


Jak przygotować się do karboksyterapii?

W dniu, w którym korzystamy z karboksyterapii, powinniśmy być zdrowi (nie przeziębieni). Należy przyjść do gabinetu z umytą głową, jednak umyć ją możemy nie później niż trzy godziny przed zabiegiem. Nie powinno się też zażywać tego dnia przeciwzapalnych leków przeciwbólowych, ponieważ mogą one zniweczyć efekty zabiegu.

Czy karboksyterapia boli?

Uczucie podczas zabiegu zależy od wielu czynników, m.in. od grubości naszej skóry, predyspozycji do odczuwania bólu, a także miejsca wkłuć – najmniej problematyczny pod tym względem jest tył głowy, a najbardziej odczuwany – obszar przednio-boczny, czyli okolice skroni.

Czy jednak zabieg jest bolesny jako taki? Moim zdaniem nie, ja czułam jedynie delikatne ukłucia. Muszę przy tym zaznaczyć, że nie należę do osób, które boją się igieł (doświadczyłam w swoim życiu już sporo zastrzyków), ale z drugiej strony mam wrażenie, że mój próg bólu jest dosyć niski, więc osoby o wyższym mogą odczuwać ukłucia jeszcze delikatniej.


Moje odczucia po zabiegu. O czym trzeba pamiętać, by zabieg miał sens?

Po zabiegu ze skórą głowy nic się nie działo – nie czułam żadnej różnicy, skóra nie bolała, nie piekła ani nie swędziała. Gdzieniegdzie między włosami udało mi się jedynie dostrzec mikroskopijne czerwone kropeczki – drobinki zaschniętej krwi z miejsc wkłucia, które szybko znikły.

Po karboksyterapii warto odczekać chociaż dobę z myciem głowy. W dniu zabiegu ani kilka dni później nie powinno się zażywać przeciwzapalnych leków przeciwbólowych (zniweczą efekty karboksyterapii), opalać się ani spędzać czasu na basenie, w saunie ani na mrozie (mam tu na myśli uprawianie sportów zimowych). Nie powinno się też pić alkoholu ani intensywnie ćwiczyć.

Aby dopełnić serię, czekają mnie jeszcze 2-3 zabiegi (jeden to trochę za mało, żeby zauważyć efekty). Pani Anna, która wykonywała u mnie karboksyterpaię i którą widzicie na zdjęciach, uprzedziła, że po kilku z nich mogę odczuwać szybsze przetłuszczanie się skóry głowy, jednak po pewnym czasie wszystko wraca do normy. Póki co jest jeszcze za wcześnie na takie efekty, ale na pewno będę Was na bieżąco informować o moich wrażeniach po kolejnych zabiegach!

Co myślicie o karboksyterapii? Chcielibyście z niej skorzystać?

Polecam też:

niedziela, 19 lutego 2017

Recenzja: Marion, Olejek w kremie do włosów 7 efektów


Olejek w kremie do włosów 7 efektów Marion otrzymałam do testów w ramach boxu Only You, którego zawartość pokazywałam Wam już na Instagramie. Od razu mnie zaciekawił swoją konsystencją, ale obawiałam się, że przy moich cienkich włosach może się nie sprawdzić. Testowałam go w rezultacie na różne sposoby, ale okazało się, że kluczem do sukcesu było nauczenie się, jaką ilość olejku mogę nakładać na włosy naraz. 

Dziś chciałabym się z Wami podzielić moją opinią na temat tego – skądinąd bardzo już popularnego w internecie – kosmetyku.


Oceny cząstkowe: dobryneutralnysłaby.

Opakowanie

Plastikowa, odkręcana, przeźroczysta butelka z pompką. Obawiałam się, że olejek w kremie szybko ją zapcha, ale na szczęście nic takiego się nie stało. W razie czego na szczęście korek można z łatwością odkręcić – to duży plus, który doceniam zawsze wtedy, gdy kosmetyk się kończy i chcę wydobyć z opakowania jego resztkę.

Zapach

Słodki, bardzo przyjemny.


Skład

Aqua (woda), Isoamyl Laurate (emolient), Cetearyl Alcohol (emolient), Plukenetia Volubilis Oil (olej sacha inchi), Tocopherol (witamina E), Glycerin (gliceryna), Cocos Nucifera Oil (olej kokosowy), Argana Spinosa Kernel Oil (olej arganowy), Cetyl Alcohol (emolient), Tocopheryl Acetate (przeciwutleniacz), Isostearyl Isostearate (emolient), Polyquaternium-70 (antystatyk, odżywia i zmiękcza włosy), Behentrimonium Chloride (antystatyk, ułatwia rozczesywanie), Quaternium-87 (nadaje połysk, miękkość, objętość, ułatwia rozczesywanie), Polyglyceryl-3 PCA (odżywia, nawilża), Zea Mays Starch (skrobia kukurydziana – wypełniacz), Cystoseira Compressa Extract (kondycjoner), Dipropylene Glycol (nawilżacz, nośnik substancji zapachowych), Propylene Glycol (humektant), Phenoxyethanol (konserwant), Ethylhexylglycerin (humektant), PEG-8 (zapobiega wysychaniu kosmetyku), Ascorbyl Palmitate (pochodna witaminy C), Ascorbic Acid (antyoksydant), Citric Acid (kwas cytrynowy), Dehydroacetic Acid (konserwant), Sodium Benzoate (konserwant), Gluconolactone (antyoksydant, humektant), Calcium Gluconate (stabilizator), Triethanolamine (regulator pH), Parfum (zapach), Benzyl Alcohol (konserwant, może wysuszać włosy), Benzyl Salicylate (składnik zapachowy), Benzyl Cinnamate (składnik zapachowy), Isopropyl Alcohol (może wysuszać włosy), CI 15985 (barwnik), CI 19140 (barwnik).

Generalnie jest naprawdę dobrze: sporo tu olejów, humektantów, witamin i antystatyków przy – o dziwo w takim kosmetyku – braku silikonów. Jednym z najciekawszych składników jest moim zdaniem bogaty w kwasy tłuszczowe i proteiny olej sacha inchi. Olej ten zawiera także witaminy A i E. Jedną z jego ważnych zdolności jest oddziaływanie na dużo głębsze warstwy skóry niż inne znane nam oleje.

Niestety, są i elementy, które musiałam zaznaczyć na czerwono – na szczęście występują w drugiej połowie składu, a alkohole, które działają na włosy wysuszająco, są pod sam koniec listy po zapachu.



Działanie

Przy moich cienkich włosach muszę bardzo uważać z tego typu kosmetykami, żeby nie doprowadzić do ich obciążenia i zatłuszczenia. Olejku w kremie używałam więc dość oszczędnie, nakładając naraz tylko odrobinę produktu – w tak niewielkiej ilości sprawdzał się bardzo dobrze, zabezpieczał końcówki i sprawiał, że ładnie błyszczały i pachniały. Olejek można nakładać zarówno na włosy suche, jak i mokre – ja nakładałam prawie zawsze na suche, bo w ten sposób łatwiej jest mi kontrolować, ile kosmetyku będzie odpowiednia.

Wprawdzie kilka razy przedobrzyłam i włosy były posklejane, ale po kilku użyciach wiedziałam już, na ile mogę sobie pozwolić i jaka ilość olejku jest dla mnie idealna.

Konsystencja i wydajność

Olejek jest gęsty i – jak nazwa wskazuje – kremowy. Tak jak wspominałam, nakładałam go w niewielkiej ilości, dzięki czemu starczył mi na kilka miesięcy.


Cena i dostępność

Olejek kosztuje około 11-12 zł za 150 ml – cena jest więc niewysoka, szczególnie przy sporej wydajności kosmetyku. Powinien być dostępny zarówno w drogeriach stacjonarnych, jak i internetowych.

Podsumowanie

Muszę przyznać, że trochę się go obawiałam i na początku uznałam, że to raczej nie będzie kosmetyk dla mnie. Przy oszczędnym jednak jego dozowaniu okazało się, że całkiem dobrze się sprawdza, dobrze działa i nie skleja włosów. Trzeba jednak umieć wyczuć, jaka ilość olejku do danych włosów będzie odpowiednia – przykładowo dla mnie jedna czy dwie pompki kosmetyku, które zaleca producent, całkowicie zatłuściłyby włosy. Idealne było mniej więcej pół pompki. Muszę też zaznaczyć, że używałam olejku tylko do końcówek, jako formę wykończenia i zabezpieczenia (zamiast serum), a nie do włosów na długości. Generalnie byłam zadowolona z jego działania – to chyba najlepszy produkt do włosów Marion, jaki dotychczas stosowałam.

Olejek w kremie do włosów 7 efektów Marion to dość popularny kosmetyk – co o nim sądzicie? Jak się u Was sprawdzał?


Inne testowane przeze mnie kosmetyki Marion:

środa, 15 lutego 2017

Tego nie polecam, czyli 7 błędów w mojej pielęgnacji włosów


Uczymy się na błędach – głównie swoich. Ja tych włosowych mam na swoim koncie całe mnóstwo, a ich wyeliminowanie sprawiło, że moje włosy wyglądają teraz znacznie lepiej niż kiedyś (jak wyglądały dawniej zobaczycie chociażby w mojej MWH). Musiałam jednak małymi kroczkami wiele się nauczyć, zmienić sporo przyzwyczajeń i utartych schematów postępowania. Dziś opiszę Wam siedem głównych błędów, które popełniałam, a przez które moje włosy z roku na rok stawały się coraz bardziej zniszczone, spuszone i przerzedzone.

Nieodpowiednie używanie masek i odżywek

Zacznijmy od tego, że przez długi czas wcale nie używałam masek ani odżywek, uznając je za zbytnią fanaberię. Potem, wraz z mamą, zaczęłyśmy kupować Pantene Pro-V w strasznej kombinacji: szampon i odżywka w jednym. Zło tego połączenia każdą osobę świadomą pielęgnacji włosów powinno aż bić po oczach. Po takim myciu głowy włosy były jednocześnie przesuszone i przetłuszczone, a do tego łamliwe i osłabione.

Gdy z czasem zaczęłam nieśmiało korzystać z masek i odżywek, popełniałam karygodne błędy: nakładałam je niedokładnie, zazwyczaj siedząc w wannie, na całkowicie mokre, ociekające wodą włosy i zmywałam po krótkiej chwili. Dziwiłam się, że nie działają nie wiedząc, że problem tkwi nie w produktach, których używam, ale w tym, jak z nich korzystam.

Przy okazji przypominam, że napisałam już o tym, jak powinno się prawidłowo korzystać z masek do włosów. Temat wydaje się oczywisty, a jednak wiele z nas popełnia te same błędy.

Olejowanie niewłaściwym olejem

O swoich długich i burzliwych przeprawach z olejowaniem włosów olejem kokosowym już pisałam. Dodam więc tylko, że niewłaściwe olejowanie, o czym sama się przekonałam, nieodpowiednio przeprowadzone i złym olejem, prowadzi do tego, że włosy wyglądają gorzej niż przed zabiegiem. Moje były przez to jeszcze bardziej spuszone, nie układały się i sprawiały wrażenie matowych i postrzępionych. Gdy zmieniłam olej kokosowy na lniany, a potem makadamia, ze słodkich migdałów czy zwykłą oliwę z oliwek, było o wiele lepiej. Warto więc popróbować różnych metod olejowania i nie poddawać się w poszukiwaniu idealnego dla siebie oleju.

Dużym minusem było też w tym czasie niezabezpieczanie końcówek włosów, co prowadziło do tego, że łamały się one i wykruszały. 

Czesanie włosów na mokro

A właściwie powinnam napisać: szarpanie, ponieważ trudno było nazwać to zwykłym czesaniem. Mokre włosy są szczególnie narażone na uszkodzenia, a także na rozciąganie, które powoduje rozrywanie i niszczenie. Czesanie ich tuż po umyciu sprawiało, że urywały się i osłabiały. W dodatku używałam do tej czynności plastikowej szczotki, a po myciu głowy nie nakładałam odżywki. Dźwięk rozrywanych, szarpanych włosów do dziś powoduje, że mam ciarki na plecach.




Używanie szamponów z silnymi detergentami w składzie

Kiedyś moje mycie głowy było proste: wylewałam masę szamponu na dłoń i wcierałam w mokrą głowę. Bez rozcieńczania z wodą, bez zaprzątania sobie głowy składem kosmetyku i bez wiedzy na temat tego, że szorowanie włosów silnymi detergentami, a szczególnie końcówek, prowadzi do ich przesuszenia.

W efekcie moje włosy były suche, zniszczone i częściej się przetłuszczały. Szkoda, że nie znałam wtedy metody kubeczkowej, którą dziś stosuję.

Częste farbowanie farbami drogeryjnymi

Przez wiele lat farbowałam włosy na ciemno: na mojej głowie gościły już czerń, ciemny fiolet i miedź. Gdy kolor się wypłukiwał i stawał się zbyt jasny i matowy – co zwykle następowało w ciągu miesiąca – często sięgałam po kolejną farbę z drogerii, zazwyczaj tę najtańszą, i farbowałam nią włosy. Całe, nie tylko odrosty. Od czubka głowy po same końcówki. Nie żałowałam też farby na skórę głowy, przecież trzeba pokryć równomiernie całe włosy… Efekt? Przez dwa tygodnie włosy znów były błyszczące, a kolor głęboki, po czym stawały się coraz bardziej wypłowiałe, matowe i bez życia. Do tego były suche, łamliwe i wypadały na potęgę.

Nie robiłam też nigdy prób uczuleniowych, co skutkowało częstymi podrażnieniami, zadrapaniami i swędzeniem skóry głowy. I znów wzmożonym wypadaniem włosów.




Regularne używanie suszarki i prostownicy

Przyznaję: z prostownicy korzystałam dość krótko i zazwyczaj prostowałam tylko włosy przy twarzy. Wiedziałam, że może tylko pogłębić mój problem związany ze stanem włosów i zazwyczaj udawało mi się powstrzymać przed tym, by jej użyć. Ewentualnie, w chwilach największej desperacji, przeciągałam jeszcze prostownicę po wierzchnich pasmach.

Gorzej było z suszarką. Używałam jej długo, namiętnie i zawsze z użyciem gorącego, wręcz parzącego nawiewu. To był mój rytuał. Nie lubiłam go zbytnio, ale wiedziałam, że wysuszone w ten sposób włosy wyglądają znacznie lepiej niż pozostawione same sobie. Gdy nic z nimi nie robiłam, miałam na głowie szopę. Gdy suszyłam włosy, wciąż wyglądały źle, ale już nie tak tragicznie. Miałam więc do wyboru: albo będą prezentować się fatalnie, albo ciut lepiej niż fatalnie. Marna pociecha, ale zawsze coś.

Suszenie gorącym powietrzem to było błędne koło: włosy były przez to wysuszone na wiór i zniszczone, ale tylko suszenie sprawiało, że byłam w stanie patrzeć na nie w lustrze. Po każdym myciu głowy znów łapałam więc za suszarkę.




Nieodpowiednie spinki i spanie w rozpuszczonych włosach

Spinki to sprawa poboczna, bo nigdy nie używałam ich zbyt często. Ot, od czasu do czasu spięłam wystające kosmetyki wsuwką. To na pewno powodowało łamanie się włosów, ale nie w takim stopniu, jak nie wiązanie ich do snu. Każdy, kto mnie teraz czyta, pewnie zdaje sobie sprawę, że rozpuszczone w nocy włosy to świetna droga do tego, by je sobie zniszczyć. Oczywiście pod warunkiem, że robimy tak regularnie i mamy długie włosy. Dlaczego? Podczas snu nie kontrolujemy tego, co się z nimi dzieje: przygniatamy je, ciągniemy, ocieramy o poduszkę i wyrywamy. Przez to stają się zniszczone, osłabione i wypadają.

A jakie błędy wy popełniacie lub popełniałyście? Które przyzwyczajenia najtrudniej było Wam zwalczyć?

Na koniec zapraszam jeszcze na fan page i Instagram!

Polecam:

Popularne w tym miesiącu: