niedziela, 31 lipca 2016

Recenzja: Pervoe Reshenie, Apteczka Agafii, Łopianowa maska do włosów


Naturalna pielęgnacja ma zarówno swoich oddanych zwolenników, jak i zajadłych przeciwników. Ja jestem w tym sporze gdzieś pośrodku, ponieważ nie wszystkie typowo naturalne kosmetyki działają na moje włosy idealnie, ale z drugiej strony doceniam to, że wykazują najmniejszą szkodliwość dla zdrowia. W dzisiejszym wpisie przyjrzymy się łopianowej masce Apteczki Agafii należącej do firmy Pervoe Reshenie, która słynie z naturalnych składów swoich produktów.

Oceny cząstkowe: dobryneutralnysłaby.

Opakowanie

Zupełnie zwyczajne – plastikowy słoik. Wygląda ładnie, jest wygodny w użyciu, wytrzymały i zawiera potrzebne informacje wypisane na opakowaniu. Standard jak na maski do włosów.

Zapach

Moim zdaniem delikatny, mało charakterystyczny, łatwo go zapomnieć. Nie przeszkadzał podczas aplikacji maski.


Skład

Aqua with infusions of: Avena Sativa Oat (owies zwyczajny), Betula Alba Juice (sok z brzozy), enriched by extracts: Salvia Officinalis (szałwia lekarska), Rubus Chamaemorus (malina Moroszka), Rhodiola Rosea (różeniec górski), Cetrimonium Chloride (konserwant, antystatyk), Cetearyl Alcohol (emolient), Ceteareth-20 (emulgator), Guar Gum (zagęstnik); cold pressed oils: Arctium Lappa Seed Oil (olej łopianowy), Ribes Nigrum Seed Oil (olej z czarnej porzeczki), Linum Usitassimum Seed Oil (olej lniany); Pyridoxine (witamina B6), Panthenol (pantenol), Niacinamide (witamina PP), Citric Acid (kwas cytrynowy, reguluje pH), Parfum (zapach), Benzoic Acid (konserwant), Sorbic Acid (konserwant).

Jak na naturalne produkty firmy Pervoe Reshenie zaskoczyła mnie w składzie obecność trzech konserwantów, mimo wszystko jednak składniki są tutaj naprawdę świetnie dobrane – w masce znajdziemy m.in. (w kolejności występowania):
  • Owies zwyczajny wykazuje właściwości ochronne, nadaje się bardzo dobrze do pielęgnacji włosów suchych i zniszczonych, eliminuje łuszczenie się skóry głowy, odżywia uszkodzone włosy i przywraca im siłę i elastyczność.
  • Sok z brzozy pomaga przy wypadaniu włosów, braku puszystości. 
  • Szałwia lekarska domyka łuski włosów, dzięki czemu wygładza je. Zmniejsza przetłuszczanie się skóry głowy. 
  • Malina Moroszka wzmacnia osłabione włosy, regeneruje włosy uszkodzone, przywraca ich elastyczność.
  • Różeniec górski nawilża, wzmacnia i wygładza włosy. 
  • Olej Łopianowy – regeneruje, wzmacnia strukturę włosów, zapobiega ich łamliwości i przesuszeniu.
  • Olej z czarnej porzeczki bogaty w cenne kwasy tłuszczowe wzmacnia włosy, zapobiega ich wypadaniu. Polecany przy pielęgnacji skóry z łuszczycą lub egzemą. Niweluje łupież.
  • Olej lniany – zawiera nasycone kwasy tłuszczowe, jest bogaty w witaminę E. Zapobiega nadmiernej utracie wody przez włosy.

Działanie

Maskę łopianową Agafii należy rozprowadzić równomiernie na czystych i wilgotnych włosach i skórze głowy, a po 1-2 minutach zmyć ciepłą wodą. Przyznaję: nie nakładałam maski na skórę głowy. W czasie, gdy ją stosowałam, korzystałam też z wcierki i nie chciałam zafałszować wyników jej działania. Zamiast tego maski łopianowej używałam jak każdego innego kosmetyku tego typu, pokrywając nią włosy od połowy długości. Niestety, nie okazała się być u mnie produktem wartym ponownego kupna – przede wszystkim moje włosy bardziej się po niej strączkowały. Z zalet tego produktu mogę wymienić to, co pasuje do opisu w zasadzie większości masek: ułatwiała rozczesywanie i na pewno (przynajmniej w pewnym stopniu) odżywiała włosy. Jeśli w przyszłości ponownie się na nią zdecyduję, na pewno będę nakładać ją na skórę głowy w nadziei, że w ten sposób zadziała lepiej na cebulki i przyniesie dodatkowe korzyści.


Konsystencja i wydajność

Zupełnie przeciętna – ja z maski łopianowej Agafii korzystałam przez kilka tygodni. Konsystencja moim zdaniem jest nieco rzadsza niż większości produktów do niej podobnych.

Cena i dostępność

Nie jest droga – kosztuje około 10 zł za 300 ml. Kupimy ją w drogeriach internetowych lub ewentualnie w sklepach z kosmetykami naturalnymi, ale w tych ostatnich będzie pewnie dużo droższa (słyszałam, że nawet do 20 zł).

Podsumowanie

Mimo że u mnie jej działanie było średnie, wierzę, że takie nagromadzenie pozytywnie działających na włosy składników może zdziałać u innych cuda – dlatego ostatecznie określam ją kolorem zielonym i polecam spróbować. Tym bardziej, że 10 zł za 300 ml produktu to naprawdę dobra cena!

Kto z Was używał tej lub podobnych masek Agafii?


Inne recenzje:

czwartek, 28 lipca 2016

Oczyszczanie skóry głowy w Instytucie Trychologii – fotorelacja z zabiegu | Jak dbać o łojotokową i/lub swędzącą skórę głowy?


W połowie lutego pisałam Wam o mojej wizycie w Instytucie Trychologii, podczas której miałam możliwość skorzystania z profesjonalnej konsultacji oraz badania trychologicznego włosów i skóry głowy. Byłam z niej bardzo zadowolona, więc kiedy kilka miesięcy później zostałam ponownie zaproszona do Instytutu, chętnie umówiłam się na kolejne spotkanie. Tym razem miałam przetestować karboksyterapię, na miejscu okazało się jednak, że stan zapalny, który pojawia się od czasu do czasu na tylnej części mojej skóry głowy, właśnie powrócił, więc zabieg trzeba będzie przełożyć. Pani trycholog Anna Mackojć zaproponowała mi w zamian skorzystanie z protokołu trychologicznego dopasowanego do moich potrzeb, którego celem było oczyszczenie skóry głowy specjalnym peelingiem i ukojenie jej, by zapobiec pieczeniu i swędzeniu. Borykam się z tym problemem co kilka miesięcy, postanowiłam więc spróbować.

I Etap: Etap D’arsonvalizacji

Na wstępie pani Anna użyła urządzenia zwanego D’arsonval, które wykorzystuje działanie prądu elektrycznego. Uspokoiła mnie jednak, że jego zastosowanie nie sprawia bólu (a więc skurczów mięśni) i wbrew pierwszemu skojarzeniu „nie kopie prądem" :) Podczas tej części zabiegu odczuwałam jedynie delikatne łaskotanie. Szklana część urządzenia – pelota o niebieskim kolorze, którą na zdjęciu pani trycholog przykłada mi do skóry – wykazuje działanie dezynfekujące i dotleniające dzięki temu, że przy zetknięciu ze skórą wytwarza się ozon. Zabieg działa więc antybakteryjnie i przeciwgrzybiczo, co przy skórze łojotokowej jest niezwykle istotne.

D’arsonval w akcji

W tej części zabiegu tkanki są więc delikatnie podgrzewane za pomocą przenikania prądu i wytwarzania ozonu, w wyniku czego dochodzi do pobudzenia procesów odnowy komórkowej oraz dotlenienia nowych komórek. Co więcej, delikatne drgania cząsteczek wywołane przez D’arsonval pobudzają mikrokrążenie krwi w kapilarkach oplatających brodawkę włosa, a efektem tego procesu jest wzmocnienie włosów, przyspieszenie podziałów komórkowych i wzrostu. Dochodzi też do regeneracji i odbudowy mikrouszkodzeń naskórka. Niepozorne urządzenie, a tyle korzyści!



II Etap: Zastosowanie peelingu kwasowego

Wiele osób świadomych potrzeb skóry głowy stosuje domowe peelingi, których celem jest oczyszczenie skóry z martwego naskórka, zanieczyszczeń – także środowiskowych – czy zalegających na tym obszarze resztek kosmetyków. I świetnie, warto jednak wiedzieć, że popularne peelingi przygotowywane z kawy czy cukru (a więc gruboziarniste), nie każdemu służą. Mogą bowiem powodować podrażnienia i nie poleca się ich skórze wrażliwej i delikatnej, skłonnej do powstawania ranek. Zamiast tego lepiej czasem skorzystać z peelingów drobnoziarnistych czy enzymatycznych.

Jest jeszcze jeden ważny aspekt, który powinniśmy wziąć pod uwagę przy wyborze peelingu: świąd. Gdy swędzi nas skóra głowy, drapiemy się, pobudzając gruczoły łojowe do nadprodukcji. To z kolei powoduje namnażanie się kolonii patogenów, czyli grzybów i bakterii. Wtedy też pojawia się świąd, na który reagujemy drapaniem – i tak w kółko. Kluczowe w takiej sytuacji jest więc zastosowanie peelingu bez grudek, który nie będzie powodował chęci drapania skóry, a jednocześnie zadziała przeciwzapalnie.

W drugim etapie zabiegu pani Anna użyła więc produktu, w którym substancją czynną są kwasy owocowe AHA. Ma on lekko kwasowe pH równe 5,0, które zapewnia dokładne oczyszczenie warstw naskórkowych, a jednocześnie utrzymuje odpowiedni biofilm nawilżający.

Jakie są zalety kwasów owocowych AHA dla łojotokowej skóry głowy? Zasadnicze. Po pierwsze, nie powodują maceracji naskórka i nie wzmagają reaktywności gruczołów łojowych, a po drugie – zapewniają dotlenienie nowych, zdrowych komórek oraz dokładną eliminację zalegających grudek łojowych.


W preparacie zawarte są też ekstrakty z winorośli właściwej, męczennicy wielkiej oraz ananasa, które działają przeciwbakteryjnie, przeciwzapalnie i przeciwhistaminowo, a więc zbawiennie w przypadku zmian łojotokowych (w ich przypadku należy bowiem obniżać kolonizację flory bakteryjnej i grzybiczej).

Po nałożeniu peelingu na najbardziej problematyczne partie skóry (w moim przypadku był to tył głowy) przyszedł czas na krótki masaż, w czasie którego odczuwałam delikatne szczypanie. Łącznie z czasem nakładania peeling trzymałam na głowie 15-20 minut.

Peeling i używane na końcu zabiegu ampułki - tonik z ekstraktami

III Etap: Zastosowanie ekstraktu przeciwłojotokowego

Na końcu, przed umyciem głowy, trycholog nałożyła mi miejscowo na zmiany chorobowe, czyli te miejsca skóry, które mnie swędziały, preparat z ekstraktami zawierającymi:
  • melisę lekarską – wykazuje działanie przeciwzapalne, wyciszające, przeciwbakteryjne;
  • miętę pieprzową – ma działanie przeciwbakteryjne, przeciwgrzybicze, pobudza krążenie krwi, wzmacnia naczynia krwionośne;
  • oczar wirginijski – ściąga rozszerzone pory, regeneruje i przyspiesza gojenie;
  • olejek z drzewa herbacianego – działa przeciwbakteryjnie, przeciwgrzybiczo;
  • skrzyp polny – wykazuje działanie remineralizujące, ściągające i sebostatyczne.


IV Etap: Mycie głowy szamponem balsamicznym do wrażliwej skóry głowy

W końcu przyszedł czas na mycie głowy. Szampon, którego pani Anna do niego użyła, zawierał różne ekstrakty, które także wykazują rozmaite działania, np. ekstrakt z rumianku (łagodzi podrażnienia, świąd i pieczenie), ekstrakt z szałwii lekarskiej (nawilża świeżo odkryty naskórek, zapobiega łuszczeniu się naskórka i niweluje stany zapalne spowodowane zakażeniem bakteryjnym podczas drapania) oraz mentol (pobudza mikrokrążenie i nadaje chłodny odczyn świeżości, co niweluje uczucie napięcia).

V Etap: Aplikacja maski

Ten etap zabiegu odbywał się na tak zwanej „myjce”, czyli w miejscu, gdzie myje się głowę (tak jak u fryzjera). Trycholog nałożyła mi na skórę głowy maskę regulującą pracę gruczołów łojowych (ma ona lekko kwasowe pH – 4,5 – co pozwala na absorbcję sebum i działa ściągająco, a przy tym zawiera składniki, które działają antyseptycznie i chronią warstwy naskórkowe przed rozwojem mikroorganizmów), a na same włosy maskę hydrorestrukturyzującą (w jej składzie znajdują się proteiny jedwabiu i witamina B5, które wzmacniają i chronią keratynę włókna włosowego, a duża zawartość pantenolu odpowiada za połysk, wygładzenie i jedwabistość włosów). 

VI Etap: Suszenie

Na tym etapie moje włosy zostały wysuszone letnim nawiewem suszarki. Zajmowała się tym zatrudniona w Instytucie Trychologii fryzjerka, która – jak żadna inna w moim dotychczasowym doświadczeniu! – zrobiła to wyjątkowo szybko i delikatnie, bez szarpania i ciągnięcia, co niestety jest u wielu fryzjerów (a przynajmniej ja mam takiego pecha, chociaż moje włosy rzadko się plączą) nagminne. 

VII Etap: Wprowadzenie składników aktywnych przy pomocy infuzji tlenowej

Ten etap zabiegu dzielił się na dwie części:
  1. Aplikacja substancji aktywnych w ampułkach na skórę na szczycie głowy (preparat zawierał komórki macierzyste, aminokwasy – argininę, ornitynę, cytrulinę – prekursory do podziałów komórkowych w cebulce włosa – a także witaminę B5 i B6, cynk, biotynę i PP – witaminy niezbędne do porostu włosa).
  2. Aplikacja za pomocą infuzji tlenowej (zdjęcie poniżej) substancji aktywnych w ampułkach na tył i boki głowy (miejsca z nadreaktywnością gruczołów łojowych). Zabieg ten polega na wtłoczeniu skoncentrowanego serum za pomocą  tlenu do głębokich warstw skóry. Jest to synergistyczne połączenie dwóch innowacyjnych procesów: wprowadzenia składników czynnych oraz dotlenienia głębokich warstw skóry i mieszków włosowych. 

VIII Etap: Ledoterapia

Na samym końcu mogłam skorzystać ze zbawiennego wpływu ledoterapii na skórę – część z Was widziała mnie już z głową w tym urządzeniu (sic!) na Instagramie. Jak być może wiele osób wie, mechanizm działania terapeutycznego terapii LED opiera się na wykorzystaniu terapeutycznej mocy światła dopasowanego do konkretnych potrzeb i problemów, które stymuluje naturalne procesy regeneracyjne skóry. 

Sam zabieg, który trwał w moim przypadku pół godziny, odczuwałam jako przyjemne uczucie ciepła, chociaż – co ciekawe – ledoterapia nie powoduje podgrzania termicznego tkanek (jest bezinwazyjna). Wiązka światła w tym czasie penetruje skórę, docierając do wnętrza komórek i stymulując zachodzące w niej procesy. Brzmi to trochę jak zabobony, ponieważ nie widzimy efektów od razu gołym okiem, a sama nazwa „światłoterapia” (czy „fototerapia”) kojarzy się trochę z „koloroterapią” – niekonwencjonalną metodą leczniczą, jednak tutaj mamy do czynienia z faktyczną penetracją odpowiedniej długości fali do wnętrza skóry, a jej głębokość zależy od koloru użytego światła. 


U mnie zastosowano naprzemiennie światło niebieskie i żółte – to pierwsze hamuje rozwój patogenów, czyli grzybów i bakterii, drugie zaś działa przeciwzapalnie, wspomaga funkcjonowanie skóry wrażliwej i hamuje reakcję świądową. Warto wiedzieć, że w światłoterapii wykorzystuje się też często światło czerwone, które przyspiesza regenerację skóry (wykorzystuje się je zazwyczaj w terapii zapobiegającej wypadaniu włosów) oraz zielone – działa kojąco, pomaga niwelować obrzęki i przebarwienia na skórze.

Światło żółte i niebieskie
Moje wrażenia i opinia po zastosowaniu powyższego protokołu trychologicznego

Cały zabieg (wszystkie osiem etapów) trwał około 2-3 godziny. Było warto – efekty mnie zachwyciły! Moja skóra głowy była czysta, nie swędziała i nie piekła, a ogniska zapalne znikły. Pod palcami nie czułam już drobnych strupków ani ranek, które od kilku dni zlokalizowane były z tyłu głowy. Miałam wrażenie, że skóra jest dogłębnie oczyszczona i świeża.

Protokół trychologiczny, który mi dobrano, sprawdzi się u osób, które mają problemy ze stanami łojotokowymi, skarżą się na swędzenie, pieczenie i/lub łuszczenie skóry, wyczuwają pod palcami drobne ranki i strupki (chociaż specjalista dobiera oczywiście całość zabiegów indywidualnie do potrzeb pacjenta). Problemy te nie muszą być stałe – u mnie powracają cyklicznie, nieraz co kilka miesięcy zawsze w tym samym miejscu skóry. Zmiany są niewidoczne, ale uciążliwe, a niewłaściwie pielęgnowane mogą zajmować większy obszar.

Domowa pielęgnacja skóry głowy po zabiegu

Mimo że jednorazowy zabieg bardzo mi pomógł i w zasadzie do dziś, a minęło już półtora miesiąca, stan zapalny nie powrócił, stosuję się do zaleceń pani trycholog i pielęgnuję skórę głowy w domu, wykorzystując otrzymane w Instytucie kosmetyki. Taki rytuał poprawia stan mojej skóry i przedłuża efekt zabiegu trychologicznego.

Raz w tygodniu przez pierwszy miesiąc na 15-20 minut nakładałam peeling, wmasowując go w skórę w miejscu, gdzie najczęściej pojawiały mi się stany zapalne – ten sam peeling, którego pani Anna używała podczas zabiegu. Następnie myłam głowę szamponem z tej samej serii, a na końcu, po odciśnięciu włosów z wody, gdy skóra lekko podeschła, nakładałam na nią odrobinę toniku na bazie alkoholu zawierającego olejki aromatyczne. Ten plan pielęgnacji, zgodnie z zaleceniami, stosuję obecnie nieco rzadziej (1-2 razy w miesiącu).

Efekt? Moja skóra głowy od dawna jest dobrze oczyszczona i stonizowana, nie piecze, nie łuszczy się ani nie swędzi. Mam też wrażenie, że jej dobry stan przekłada się także na mniejsze wypadanie włosów oraz ich szybszy i lepszy porost.

Kosmetyki, których używam po zabiegu. Szkoda, że nie mogę Wam pokazać, jak pięknie pachną :)
Co myślicie o takich zabiegach? Korzystaliście kiedyś z zabiegów trychologicznych? Macie jakieś problemy związane ze skórą głowy?

Przypominam także o trwającym na moim blogu do niedzieli konkursie, w którym można wygrać dwa zestawy kosmetyków fryzjerskich Monitbello z pantenolem, witaminą B3 i – tak potrzebnymi latem – filtrami UV! Więcej na ten temat znajduje się tutaj.





Polecam też:

niedziela, 24 lipca 2016

Konkurs – dwa zestawy kosmetyków Montibello do wygrania!


Jeśli poszukujecie kosmetyków do stylizacji włosów, które utrwalą fryzurę, dodadzą jej blasku i odbiją włosy od nasady, zapraszam Was do konkursu, w którym można wygrać dwa zestawy produktów fryzjerskich marki Montibello!

Co można wygrać?

W konkursie mogą wygrać dwie osoby. Każda z nich otrzyma zestaw składający się z następujących kosmetyków:

  1. spray nabłyszczający zawierający pantenol, filtry UVA/UVB i witaminę B3;
  2. żel intensywnie utrwalający włosy z pantenolem, filtrami UVA/UVB i witaminą B3;
  3. spray podnoszący włosy od nasady, w którym także znajdują się pantenol, filtry UVA/UVB i witamina B3.

Co trzeba zrobić, aby wziąć udział w konkursie?

Należy spełnić 2 warunki:
  1. Być publicznym obserwatorem tego bloga i/lub fanem na Facebooku i/lub Instagramie.
  2. W komentarzu pod tym wpisem napisać, dlaczego chcemy wygrać zestaw kosmetyków Monitbello.
Będzie mi także miło, jeśli zamieścicie na swojej stronie banner konkursowy:



Wzór komentarza:

Obserwuję blog/fan page/Instagram jako:
Banner: tak/nie
Odpowiedź na pytanie:
E-mail kontaktowy:

Regulamin konkursu
  1. Organizatorem konkursu jestem ja, autorka bloga mfairhaircare.blogspot.com, a fundatorem nagród – Klinika Handsome Men.
  2. Rozdanie trwa od 24 do 231 lipca do północy.
  3. Warunkiem koniecznym uczestnictwa w rozdaniu jest bycie publicznym obserwatorem bloga mfairhaircare.blogspot.com lub fanem na Facebooku bądź Instagramie oraz udzielenie odpowiedzi na pytanie konkursowe w komentarzu pod tym wpisem.
  4. Wyniki rozdania zostaną podane w ciągu 3 dni od jego zakończenia.
  5. Wygraną wysyłam tylko na terenie Polski.
  6. Wygrany jest zobowiązany zgłosić się i podać adres do wysyłki. Jeśli nie zrobi tego w ciągu 3 dni od ogłoszenia wyników, wybiorę kolejnego zwycięzcę.
Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych /Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm./


Powodzenia!

piątek, 22 lipca 2016

Recenzja: Pervoe Reshenie, Agafii, Olejek do włosów „Odżywienie włosów”


Mam mieszane odczucia co do kosmetyków rosyjskich – niektóre z nich okazały się u mnie świetnie działać, inne co najwyżej zaliczyłabym do przeciętniaków. Olejek Agafii, który dziś chciałabym Wam zaprezentować, zaliczam zdecydowanie do tej pierwszej grupy. Zachwyca nie tylko składem, ale też działaniem i wydajnością!

Oceny cząstkowe: dobryneutralnysłaby.

Opakowanie

Jedynym jego minusem było to, że momentami, przy wydobywania olejku, ze środka wypadały małe, czarne kuleczki – zioła, które umieszczono we wnętrzu butelki. Opakowanie jest jednak wygodne w użyciu (i pięknie wygląda!), a otwór na jego szczycie pozwala na szybkie wylewanie zawartości na dłoń. Plusem jest też przeźroczysta butelka, dzięki której widać, ile produktu zostało jeszcze w środku.

Zapach

Nie mogę napisać, że olejek ładnie pachnie – określiłabym go raczej „zapachem neutralnym” łamane na „nieprzyjemnym”. Z czasem jednak przyzwyczaiłam się do niego. Woń jest według mnie mocno ziołowa i cierpka.


Skład

Arctium Lappa Seed Oil (olej z łopianu), Organic Pinus Sibirica Seed Oil (olej cedrowy), Capsicum Annuum Seed (nasiona papryki rocznej), Foeniculum Vulgare (Fennel) Seed (nasiona kopru włoskiego), Silybum Marianum Seed (nasiona ostropestu plamistego), Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil (olej słonecznikowy), Olea Europaea (Olive) Fruit Oil (oliwa z oliwek), Organic Hippophae Rhamnoides Fruit Oil (olej z rokitnika), Organic Beeswax (wosk pszczeli), Tocopherol (witamina E), Organic Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Oil (olej rozmarynowy), Salvia Officinalis (Sage) Oil (olejek z szałwii lekarskiej), Mentha Piperita (Peppermint) Oil (olej z mięty pieprzowej), Pimpinella Anisum (Anise) Fruit Oil (olej z biedrzeńca anyżu), Betula Alba Bud Oil (olej z brzozy brodawkowatej), Urtica Dioica (Nettle) Oil (olej z pokrzywy zwyczajnej), Linum Usitatissimum (Linseed) Seed Oil (olej lniany), Abies Sibirica Oil (olej z jodły syberyjskiej).

Skład jest wręcz zachwycający – same oleje i ekstrakty, zero sztucznych dodatków, składników zapachowych (dlatego tak dziwnie pachnie!), konserwantów, barwników ani innych sztucznych wypełniaczy. Znajdziemy w nim za to na przykład:
  • olej z łopianu (wzmacnia włosy, tonizuje, odżywia),
  • ostropest plamisty (odżywia, zawiera witaminę K i E oraz aminokwasy),
  • koper włoski (wzmacnia włosy, ma silne właściwości antyoksydacyjne).

Nie ma się do czego przyczepić – lista składników jest wręcz wzorowa, a olejek sprawdzi się pewnie na różnego rodzaju włosach.


Działanie

Naprawdę bardzo dobre. Używałam tego olejku regularnie przez kilka miesięcy. Włosy były po nim sprężyste, mocne, nie rozdwajały się i nie łamały. Do tego pięknie błyszczały i wydawały się bardziej mięsiste. Bardzo lubiłam po niego sięgać i stosowałam go zazwyczaj 1-2 razy w tygodniu na minimum godzinę przed myciem głowy. Dobrze rozprowadzał się na włosach i całkiem dobrze zmywał. Zdecydowanie widziałam pozytywne efekty jego użycia!

Konsystencja i wydajność

Konsystencja olejku jest dość rzadka i według mnie typowa dla tego rodzaju produktów. Wydajność oceniam na bardzo wysoką – z jednego opakowania korzystałam regularnie około roku!

Cena i dostępność

Kupimy go głównie przez internet, ewentualnie w wybranych sklepach z kosmetykami naturalnymi. Kosztuje około 20-25 zł za 200 ml.

Podsumowanie

Zdecydowanie polecam. Przez długi czas był to mój ulubiony olejek, po który sięgałam regularnie. Myślę, że znacząco przyczynił się do poprawy stanu moich włosów. Trzeba wprawdzie przyzwyczaić się do jego zapachu, ale nieprzyjemna woń to chyba niezbyt wysoka cena za jego nieocenione działanie!

Znacie tej olejek? Co sądzicie o kosmetykach rosyjskich?


Inne przetestowane przeze mnie olejki:
Wpisy o olejowaniu włosów:

poniedziałek, 18 lipca 2016

Moja włosowa historia

Rok 1987 i 1989

Zacznę od tego, że jako dziecko miałam jasne blond włosy, które ciemniały wraz z wiekiem. Z czasem – w podstawówce – osiągnęły kolor jasnego, mysiego brązu – typowego dla większości moich rówieśników.  Mama myła mi je najczęściej prostymi, często dziecięcymi szamponami. Pamiętam, że przez długi czas bardzo tego nie lubiłam ze względu na to, jak bardzo piekły, gdy dostały się do oczu!

W dzieciństwie nienawidziłam jeszcze jednego: czesania. Gdy jesteśmy mali, włosy czeszą nam rodzice. Dla mnie czynność ta wiązała się wyłącznie z bólem i szarpaniem, chociaż mama bardzo się starała być delikatna.

Rok 1993 i 1995 - włosy coraz ciemniejsze

Do komunii nosiłam długie włosy – zazwyczaj sięgały za łopatki. W połowie podstawówki ścięłam je jednak do brody (z lekkim cieniowaniem przy twarzy). Dobrze, że mam jakieś zdjęcia z tego okresu, ponieważ niewiele z tego pamiętam. Z tamtych czasów utkwiło mi za to w pamięci pewne wydarzenie: moje włosy, gdy były dłuższe, bardzo się plątały i któregoś dnia zorientowałam się, że nad karkiem stworzyły pokaźnych rozmiarów kołtun. Z czasem powiększał się on, a ani ja sama, ani moja mama nie potrafiłyśmy go rozczesać. I gdy już straciłam wszelką nadzieję i zaczęło do mnie docierać, że będę musiała ściąć się na krótko, na ratunek przybiegła znajoma mojej mamy, która w kilkadziesiąt minut (i bardzo delikatnie!) go rozplątała. Do dziś pamiętam, jak siedziałyśmy na murku i rozmawiałyśmy o tym, czy się uda.

Po podcięciu włosy szybko odrosły, a ja ponownej zmiany zapragnęłam na początku gimnazjum – wówczas ścięłam włosy najkrócej w życiu, bo do ucha. Z tyłu były jeszcze krótsze, tworząc modną w tamtym okresie „bombkę” – pasma z przodu głowy były dłuższe, a z tyłu podgolone nad karkiem. Teraz taka fryzura wydaje się zamierzchłą przeszłością, ale pod koniec lat 90. stanowiła istny krzyk mody ;)

Lata 1997-2003 - u góry odrośnięte włosy po pierwszym większym cięciu, u dołu - fryzura "na bombkę", czyli do ucha z podgolonym karkiem; dolne zdjęcie po prawej stronie - włosy odrastają, a ja pierwszy raz zaczynam zapuszczać grzywkę w wakacje przed pójściem do liceum

Na początku liceum zapuściłam grzywkę – do tej pory przez cały czas ścinano mi ją na prosto, wtedy jednak zapragnęłam zmiany. Początkowo nie miałam jej wcale, z czasem jednak zaczęłam nosić ją na bok – raz dłuższą, a raz przycinaną tuż nad brwiami. Oczywiście zazwyczaj sama sięgałam po nożyczki, więc to, jak wówczas wyglądałam, zależało w dużej mierze od tego, jak akurat wyszło mi cięcie. 

Rok 2004 - włosy w kolorze fioletu, który często wyglądał jak czarny

W tym czasie – pod koniec gimnazjum lub na początku liceum – pierwszy raz koloryzowałam włosy szamponem (na odcień zbliżony do miedzianego). W szkole średniej zaczęłam już jednak szaleć z farbami: początkowo przez rok czy dwa sięgałam po odcienie związane z rudościami (najczęściej miedziany, który z czasem wypłukiwał się do jaśniejszego), a potem przez wiele lat moim ulubionym stał się fiolet – tuż po koloryzacji włosy były czarne z lekkim fioletowym połyskiem, z czasem rozjaśniały się do fioletu, a potem „łapały” różne odcienie rudego ze względu na wcześniejsze koloryzacje. Pamiętam, że bardzo mnie to ostatnie denerwowało – jakkolwiek nie zafarbowałabym w tamtym czasie włosów, wypłukiwały się one do rudości – wszystko przez wcześniejsze eksperymenty z rudawymi farbami. Długo musiałam czekać aż się to zmieni – w zasadzie do momentu aż odrosły mi włosy nie farbowane na ten kolor.

Rok 2005

A jakie były wówczas moje włosy? Po farbowaniu – wygładzone i pięknie błyszczące. Wiadomo, efekt farby. Z czasem jednak traciły blask i stawały się bardziej suche, gorzej się układały i odstawały. Do kolejnego farbowania – i tak w kółko.

Bardzo nie lubiłam u siebie – i do dziś nie lubię – ciepłych kolorów na głowie. Gdy więc farba wymywała się i płowiała, nakładałam ją na nowo… oczywiście na całe włosy. Ten rytuał powtarzałam raz na miesiąc lub dwa, czasem nieco rzadziej. Nie ma się więc co dziwić, że włosy nie były wówczas w dobrym stanie. Tym bardziej, że długo korzystałam wyłącznie z najtańszych farb drogeryjnych…

Rok 2006 - pamiętne pasemka

Na pierwszym roku studiów poszłam do fryzjera z zamiarem stworzenia na włosach czegoś, co wówczas podobało się większości moim najbliższym, ale dziś patrzę na zdjęcia z tamtego czasu z uśmieszkiem powątpiewania: blond pasemka przeplatane brązowym odcieniem. Wyglądały dość nienaturalne, a mimo to powtórzyłam tę koloryzację raz jeszcze. Niestety, blond kosmyki, umęczone mocną farbą, ciągnęły się wówczas jak guma do żucia. Włosy były bez życia, zaczęły się kruszyć.

W tamtym czasie (i długo później) cała moja "pielęgnacja" włosów (cudzysłów zamierzony!) opierała się na myciu ich szamponem. Czasem nakładałam odżywkę, ale tylko na kilka sekund i zazwyczaj na ociekające wodą włosy. Oczywiście nic to nie dawało. 

Rok 2007 - powrót do ciemnych kolorów

W 2006 roku znów zafarbowałam je na jeden kolor – najpierw wróciłam do ciemnego fioletu, potem przekonałam się do ciemnych, zimnych brązów. Kolor był piękny, ale nie na długo – z każdym kolejnym myciem włosy stawały się coraz jaśniejsze, wypłowiałe i zyskiwały znienawidzony przeze mnie ciepły odcień.

Pamiętam, że chociaż zazwyczaj sięgałam po proste farby drogeryjne (najczęściej Garnier – bo był tani), miałam od lat tę samą fryzjerkę. Z perspektywy czasu nie uważam, żeby była dobra. Ostatnim razem, kiedy u niej byłam, nałożyła mi farbę, która sprawiła, że moja skóra głowy zaczęła mnie strasznie piec i swędzieć. Po tej koloryzacji włosy masowo mi wypadały, a ja postanowiłam znaleźć inny salon fryzjerski.

Lata 2007-2008
Po studiach dalej farbowałam włosy na ciemno – raz były prawie czarne, innym razem ciemnobrązowe. Wydawało mi się, że taki kolor dobrze do mnie pasuje i oddaje mój charakter. Wciąż jednak bardzo mnie denerwowało, gdy się wypłukiwał. Na niektórych zdjęciach wygląda, jakby był rudy – w rzeczywistości jednak to jasny brąz.

Lata 2009-2011
Z czasem, za namową mamy, postanowiłam, że zobaczę, jak będę wyglądać w jaśniejszych włosach. Mimo zerowej wiedzy na temat ich pielęgnacji wiedziałam, że przefarbowanie się z brązu na blond może się źle skończyć, uznałam więc, że na jakiś czas zaprzestanę koloryzacji aż odcień zrobi się dużo jaśniejszy. Wtedy, w kilku etapach, jeszcze bardziej go rozjaśnię.

Lata 2012-2013 - dłuższa przerwa w farbowaniu, włosy stopniowo się rozjaśniają. Tak wyglądały po leczeniu Izotretynoiną - suche, bez życia, wywijające się na wszystkie strony
Rok 2013 - dno dna jeśli chodzi o stan włosów
Tak też zrobiłam – gdy kolor był już dość wypłowiały, poszłam do nowej, polecanej przez koleżankę fryzjerki. Zaproponowała położenie jaśniejszej farby – w efekcie kolor moich włosów znacznie się rozjaśnił do ciemnego blondu. Dopiero po pół roku znów położyłyśmy kolejną farbę – wówczas stałam się blondynką.

Rok 2014 - kolor jeszcze przejściowy, a stan fatalny

W tym czasie, a był to 2012 rok, zaczęłam kurację Izotretynoiną – lekiem, który praktycznie zlikwidował u mnie problemy z trądzikiem. Jego moc jest jednak na tyle duża, że powoduje inne kłopoty – u mnie zaowocowały one łamliwymi paznokciami i… totalnym zniszczeniem włosów. Stały się wtedy niesamowicie suche i puszące się, wywijały się na wszystkie strony i wyglądały naprawdę okropnie, a co gorsza masowo wypadały. Zdesperowana sięgałam po prostownicę – zdawałam sobie sprawę, że tylko pogłębi problem, starałam się więc używać jej tylko do pasm przy twarzy i ewentualnie wierzchnich z tyłu głowy. Poszłam też do dermatologa z prośbą o środek na wypadanie włosów – dostałam jednak lek, o którym dopiero po latach dowiedziałam się, że jest masowo przepisywany, ale mało komu pomaga. Jak zresztą można dobrać leczenie pacjentce, na którą podczas wizyty nawet się nie spojrzało nie mówiąc o tym, żeby sprawdzić jej stan skóry i włosów?

W tamtych miesiącach coraz rzadziej rozpuszczałam włosy i coraz częściej myślałam o tym, że będę musiała je ściąć. Wyglądały naprawdę okropnie, a żadne moje próby nie poprawiały ich stanu. Bardzo mało wiedziałam wtedy o pielęgnacji włosów – gdy usłyszałam o olejowaniu, kupiłam olej kokosowy i niemalże chlustałam nim na włosy (to znaczy nakładałam go w tak dużej ilości, że aż z nich ściekał). Zostawiałam go na noc, a następnego dnia po umyciu włosy wyglądały jeszcze gorzej. Nie wiedziałam wtedy, że każdy olej działa nieco inaczej i powinnam dobrać go do swoich włosów. Nie wiedziałam też, że nie każde włosy lubią całonocne olejowanie.

W końcu pomogło mi keratynowe prostowanie zaproponowane przez fryzjerkę – po nim włosy wyglądały jak nie moje: były gładkie, lśniące, nie puszyły się i nie wywijały. Przestały też reagować na wilgoć w powietrzu. Byłam zachwycona. Wprawdzie trochę czasu zajęło mi nauczenie się, jakich kosmetyków mogę używać po zabiegu (wtedy było jeszcze mało informacji na ten temat w internecie), ale wszystkiego zaczynałam się powoli uczyć. 

Rok 2014 - po keratynowym prostowaniu

Po 2-3 miesiącach od zabiegu włosy zaczęły wyglądać coraz gorzej, a ja – zdesperowana, by nie wrócić do punktu wyjścia – zaczęłam coraz więcej czytać na ich temat. Wtedy jeszcze nie wiedziałam nawet, od czego zacząć, a natłok wykluczających się artykułów i wpisów w internecie często mącił mi w głowie. Małymi kroczkami dowiedziałam się, jak rozszyfrowywać składy. Pamiętam, jak długo zdarzało mi się czytać je z telefonem w ręku przy sklepowej półce i porównywać substancje zawarte w szamponie czy odżywce, które chciałam kupić!

W internecie znalazłam informacje o zbawiennym wpływie kozieradki na słabe włosy – zgodnie z instrukcją przygotowałam z niej wcierkę, która błyskawicznie zahamowała u mnie wypadanie. To był pierwszy sukces, który dodał mi skrzydeł.

Z czasem bardzo polubiłam tematykę związaną z pielęgnacją włosów: testowałam nowe sposoby dbania o nie i – co najważniejsze – widziałam efekty swoich działań. Miałam wrażenie, że najgorsze mam już za sobą, a mój dotychczasowy kompleks stał się poniekąd moim hobby. Założyłam bloga, aby motywować się do działania i pogłębiać swoją wiedzę, a przy okazji pomóc innym osobom.

Nie twierdzę, że doprowadziłam swoje włosy do stanu, który mi odpowiada – wciąż brakuje im gęstości, są delikatne i co kilka miesięcy walczę z ich wypadaniem. Często się też strączkują, co bardzo mnie denerwuje. Wiem jednak, że pewnych genetycznych kwestii nie przeskoczę, a nad pozostałymi mogę wciąż pracować.

Do dziś mam pewne obawy przed powiedzeniem obcej osobie o tematyce mojego bloga – zawsze wydaje mi się, że pielęgnacja włosów dla wielu może być czymś płytkim i miałkim. Kiedy jednak wiąże się z pokonaniem jakiegoś kompleksu i nachodzi na wiele innych dziedzin wiedzy, będąc jednocześnie elementem samodoskonalenia się i pomocą dla innych, być może nie powinna stanowić powodu do wstydu.

Obecnie - lata 2015-2016

Dalsza historia jest w toku, a po regularne podsumowania zapraszam do AKTUALIZACJI :)


Popularne w tym miesiącu: